niedziela, 31 sierpnia 2008

Fethiye część 2

Ghost city



Kayaköy, położone ok. 6 km na południe od Fethiye, to dawne greckie miasto. Jego mieszkańcy byli chrześcijanami. W 1922, po wygranej przez Turcję wojnie wyzwoleńczej (Ataturk), przesiedlonych zostało ponad 1,2 mln Greków, na ich miejsce sprowadzono 0,4 mln ludności tureckiej. Początkowo Kayaköy zostało zagospodarowane, ale szybko zostało opuszczone, w dostępnych materiałach pojawiają się informacje o zatruciu przez greków studzien. Przewodniki mówią o nadającej grozą atmosferze miejsca.

Miejsce jest cudowne. Ok. 3000, w większości zrujnowanych zabudowań, pomiędzy którymi można chodzić godzinami.Zacznę chronologicznie. Wysiedliśmy w Kayaköy i zostaliśmy poczęstowani szkicem miasta przez chłopaka w mniej więcej naszym wieku. Chętnie z nami rozmawiał, okazał się być Nowojorczykiem, który przyjechał tu ze względu na ślub swojej mamy z Turkiem. A teraz ciężko pracuje w lokalnej restauracji, bo jego ojczym się leni. Dowiedzieliśmy się od niego między innymi, że kilkoro z wysiedlonych Greków wróciło i nadal tu mieszka! To tłumaczy, dlaczego wśród ruin znalazłem dom z anteną satelitarną, oraz skąd znalazły się tam kozy i krowa. Nie tłumaczy wielbłądów, które są tam chyba tylko jako atrakcja turystyczna.

Posililiśmy się w restauracji, zostawiliśmy plecami i odciążeni ruszyliśmy w miasto.
Jak staliśmy tak weszliśmy, wybierając nie główną drogę, ale pierwsze lepsze mniej nachylone miejsce (co miało później swoje konsekwencje). Wdrapywaliśmy się obok pasącej się krowy… albo byka. Nie uważałem na biologii, czy krowy mają rogi? Gdy znaleźliśmy się zbyt blisko zaszarżoł/a na nas! Na szczęście był/a przywiązana do drzewa, ale spojrzenie mówiło samo za siebie: nie oddam wam mojej trawy.
Panorama miasta na każdym wywiera inne wrażenie. Tarmo uznał, że czegoś takiego nie widział nigdy w życiu. Nie ma w tym oceny, czy jest to dobre czy złe, ale niezaprzeczalnie jest to coś niezwykłego i oryginalnego. Moje odczucie? Jakbym znalazł się w Hiroszimie jakiś czas po zrzuceniu bomby..
Ekspolorawaliśmy kolejne zabudowania, Tarmo wdrapał się po ok. 3m ścianie na dach budynku – to ja przecież nie będę gorszy. Nie jestem wiewiórką, gdyby nie pomoc mojego dzielnego fina nie poradziłbym sobie. A co bardziej prawdopodobne, wcale nie próbowałbym tam włazić!

Skierowaliśmy się do XVII w. kościoła. Przy nim prowadziła ścieżka do Oludeniz – naszego kolejnego punktu. Wróciliśmy po plecami rozważając,
czy jechać stopem/dolmuszem czy przejść przez wzgórze i zobaczyć wszystko z góry. Decydujący okazał się nieoczekiwanie komentarz poznanego wcześniej nowojorczyka, który poparł mój plan przejścia szlakiem przez wzgórza. Chcieliśmy więc zawrócić na ścieżkę obok kościoła, a tam miły pan strażnik poprosił o 8 LT za wstęp. A to niespodzianka. Lekko skonfundowani zawróciliśmy i raz jeszcze weszliśmy „bocznym wejściem”.


Przed nami było ok. 6 km marszu, do pokonania w ok. 1,5h. Ścieżka dość trudna, a przy tym bardzo źle oznaczona. Kilka razy zbaczamy z drogi, po czym wracamy do ostatniego znaku który widzieliśmy i szukamy… Największe problemy sprawiały nam zakręty. Szczytem wszystkiego była znaleziona na kamieniu informacja napisana mazakiem po angielsku treści: „to jest ostatni znak, dalej nic nie ma, zgubiliśmy drogę,
19.07.2008” A było to w miejscu w którym i my zmyliliśmy drogę. Chwilę mi to zajęło, ale poradziłem sobie. Szczegół tkwił w tym, że szlak kluczył, skręcał i nie zawsze prowadził, na pierwszy rzut oka najprostszą i logiczną drogą (która po kilkudziesięciu metrach przechodziła w mocno nachylony stok, lub urywała się). Skupiliśmy się na znakach i pokonywaliśmy kolejne km podziwiając wspaniałe widoki na zatokę, a w końcu także na lagunę Ölüdeniz.




czwartek, 28 sierpnia 2008

FETHIYE część 1

Moja wycieczka, moja w 99%. Było nas dwóch ja i Tarmo - fin. pamiętacie Tarmo? poznaliśmy się w drodze do muzeum archeologicznego. ustaliliśmy, że wybierzemy się do Kas. W tym czasie był jednak wypad na rafting, a później, po doczytaniu przewodnika, zmieniłem cel podróży na Fethiye. Tarmo na wszystko odpowiadał 'ok'. lubi podróże, ale czasem potrzebuje, jak sam to określił, mobilizacyjnego kopa. no to jedziemy.

Mieliśmy ruszyć w piątek po zajęciach, do 15. Tarmo napisał, że ma problemy żołądkowe i że proponuje ruszyć w sobotę po południu. Spodziewałem się, że coś takiego może wypaść i już wcześniej podjąłem decyzję, że pojadę z nim albo bez niego, ale w piątek. Do Fethiye jest >200km, a my wybraliśmy najtańszy, za to nieregularny środek lokomocji. Dopadłem go po zajęciach, przedstawiłem plan, a on uznał, że czuje się już na siłach ruszyć. No to ok!
Zbieraliśmy się jak sójki za morze. Tarmo zapomniał pieniędzy, a ja zdecydowałem, że zostawię swój telefon w hotelu i nie będę się o niego martwił.
Przystanek Migros – drobne zakupy spożywcze, trochę deszczu, więc temperatura nas nie niszczy. Łapanie stopa w centrum miasta nie zawsze przynosi oczekiwane rezultaty. Przenosimy się w stronę dworca autobusowego. Miałem niedokładne informacje na temat odległości do wyżej wymienionego punktu. Powiedziano mi 20.. dzisiaj sprostowano mi to na 40. w piątek, z bagażami szliśmy godzinę.

Antalya przypomina dziś wielki plac budowy. Na każdej ulicy (o ile akurat nie buduje się właśnie ulicy) powstaje jakiś blok lub budynek urzędowy itd. itp. Nie byliśmy pewni czy wreszcie znaleźliśmy się we właściwym miejscu, więc zaczęliśmy pytać (mapa została chyba wykonana z przyszłą datą, w bo miejscu budowy miała zaznaczoną trasę szybkiego ruchu!). Na pierwszych zajęciach Philip uprzedził nas, że ludzie są na tyle uprzejmi, że nawet jak czegoś nie wiedzą, to coś nam powiedzą, aby tylko nas uszczęśliwić. Tak też było z pytaniem o drogę, potrzebowaliśmy tylko potwierdzenia, że jesteśmy na drodze we właściwym kierunku! 3 kolejne osoby nie potrafiły nam na to odpowiedzieć. Jest ok. 18, wstyd byłoby teraz wrócić do hotelu.Próbujemy.

Jeest. Łapiemy pierwszą okazję. Podajemy Termessos jako punkt przelotowy, kierowca wiezie nas okrężną drogą (kupuje chlebek, zawozi do domu) a potem zawozi nas na camping w pobliżu Termessos! Nieee. Anglojęzyczny pracownik campingu tłumaczy swojemu ziomkowi, że nie chcemy tam zostać, tylko znaleźć się na głównej szosie. Chyba mu źle wytłumaczył, bo zostaliśmy zawiezieni pod ruiny Termessos. Wysiedliśmy, zanim kierowca zdążył nas znowu gdzieś wywieźć, zamieliśmy 2 słowa ze strażnikiem i zeszliśmy 250m do głównej drogi… Po 5 minutach znowu jechaliśmy. Zawodowy kierowca podwiózł nas ok. 20km i zostawił na stacji benzynowej przed Korkudeli.
Godzina 20, 60km od Antalya, ściemnia się. Po ok. kwadransie zatrzymuje się ciężarówka, jedzie niedaleko za Korkudeli, ale my nie lubimy stać w miejscu.
Godzina 21, wylotówka z Korkudeli. Sytuacja niepokojąca. Tarmo wyciąga 100ml Raki. Obrzydlistwo, aczkolwiek pięknie pachnie; poleca się pić z wodą; wówczas mętnieje i nie jest tak mocne. Jak w bajce zatrzymuje się ciężarówka wioząca cement. 25 letni Mehmed i jego 17 letni brat Melih jadą za Fethiye i zabierają nas ze sobą. Metih zna trochę angielski, a my turecki :] – dajemy radę. Bracia są bardzo weseli i bardzo gościnni. Kiedy powiedzieliśmy im, że spać zamierzamy w lesie, zaproponowali, że możemy spać w ciężarówce; odstąpili nam swoje łóżka a sami spali na fotelach… Mehmed właściwie między nimi… Po drodze zatrzymaliśmy się jeszcze na caj i koftę.
Charakterystycznym dla Turcji obrazkiem są ludzie parzący przy drodze herbatę. Po niedługim czasie ruszyliśmy dalej słuchając tureckiej muzyki. Coraz bardziej mi się podoba :D
Zauważyłem, że bardzo popularne u tureckich kierowców jest wyrzucanie wszystkich śmieci na okno. Butelki, pety, ogryzki. Największe od wielu lat pożary nie zmieniły ich nawyków.

Sobota
30.08 – Dzień Zwycięstwa w wojnie wyzwoleńczej z Grecją w 1922. Tego dnia odzyskano Izmir czy coś w tym stylu. Polski 11 Listopada, na ulicach jeszcze więcej flag niż zwykle, w większych miastach parady. Z tej okazji fabryka, do której dotarliśmy zaczynała pracę o 8 a nie o 5. Opuszczamy ciężarówkę; mamy poczekać z Mihatem 2 godziny na Mehmeda i zabrać się 40km do Fethiye. Łapiemy trochę opóźnienia, podjeżdżamy wiec kawałek na pace pickupa (świetna sprawa) i próbujemy szczęścia przy głównej drodze. W międzyczasie dowiadujemy się, że Mehmed jest w drodze, no to zamiast machać łapką, opalam się.

Godzina 12 – docieramy do Fethiye. Zdecydowany byłem dojść z obwodnicy do centrum, Tarno natomiast znalazł osobę chętną podrzucić nas nawet ten kawałek. I całe szczęście, bo ten kawałek – ok. 3km, w południe, byłby morderczy.
Centrum tego niespełna 70 000 tysięcznego miasta nie robi na nas wrażenia. Robimy kolejne zakupy, niedużo, żeby nie dźwigać, zresztą nie mamy dużo miejsca. Kierujemy się do centrum. Przed wyjazdem zrobiłem zdjęcie planu miasta w przewodniku, teraz się przydały. Bierzemy dolmus w stronę portu i amfiteatru. Tarmo pyta, skąd będziemy wiedzieć, kiedy wysiaść. – Kiedy zobaczymy wielki antyczny teatr – odpowiadam, i patrząc w szybę po drugiej stronie auta prawie go przegapiłem, ale faktycznie był tam wielki antyczny teatr ;). Ok., po termessos nie robił już takiego wrażenia. Także na polskiej rodzinie, która dość głośno rozmawiając uznała, że ruiny to greckie albo rzymskie, i że są w każdym mieście. I mieli racje, w takich momentach pomaga myślenie, że w Polsce… na ziemiach będących w przyszłości Polską była wtedy puszcza.

Przechadzamy się po niewielkim porcie, pasażu turystycznym, w którym zobaczyłem najbardziej kolorowy sklep w życiu. Przy muzeum można obejrzeć sarkofag licyjski. Z informacji turystycznej pobieramy mapy okolicy i siedząc na ławeczce z widokiem na ruiny zamku planujemy ciąg dalszy. Decydujemy się na dolmus do Kayakoy; mieliśmy tam dotrzeć pieszo, ale nie przewidziałem pokaźnego wzgórza na trasie. Byłoby do przejścia, gdybyśmy mieli więcej czasu.
Na dworcu mieliśmy 20 minut. Stwierdziłem że grobowce skalne są bliżej niż mi się wcześniej wydawało i oświadczyłem Tarmo, który był już trochę zmeczony, że może poczekać, a ja zdąże je pstryknąć. Nieoczekiwanie Tarmo wykrzesał z siebie siły nawet żeby podbiec. Sarkofagi te okazały się najbardziej trafionym punktem w Fethiye. Są po prostu fantastyczne, a ja niczym człowiek pająk, w moich sandałach do zadań specjalnych wdrapałem się do jednego z nich. Zadowoliłbym się widokiem z dołu, ale skoro Tarmo wdrapał się tam pierwszy to ja nie będę gorszy. Dzięki temu zobaczyłem też panoramę miasta. Nie zauważyłem wówczas, że za rogiem jest jeszcze jeden, największy grobowiec. Szkoda, ale i tak nie mieliśmy czasu, a wstęp do tego ostatniego jest płatny – jak wszystko w tym kraju.
Dolmus jechał godzinę. W Kayaköy znaleźliśmy się o godzinie 16.

środa, 27 sierpnia 2008

Termessos









Akcja dzisiejszego komiksu rozgrywa się w ruinach antycznego miasta Termessos, uktytego w porośniętym lasem górach, 35 km na zachód od Antalyi. Jest położone na wysokości ponad 1000m n.p.m. Na miejsce zostaliśmy dziś zawiezieni autobusem uniwersytetu (wow :)).

Z życia miasta: dzięki waleczności mieszkańców i położeniu w bardzo trudnym terenie, miasto to oparło się nawet wojskom Aleksandra Wielkiego (333 p.n.e.).
Z życia codziennego: zastanawialiście się kiedyś, jak dostarczano wodę do miasta na szczycie góry? Niewolnikami.
Zostało zniszczone podczas trzęsienia ziemi (V w.), a wkrótce później zostało opuszczone.

Bardzo spodobał mi się przewodnikowy opis nekropolii. Poprzewracane w wyniki trzęsienia ziemi nagrobki przypominały autorowi dzień sądu ostatecznego, w którym wszyscy powstali ze swoich grobów. Na razie chodzą tam jedynie turyści. Większą atrakcję (przynajmniej na pierwszy rzut oka... w końcu nie jestem archeologiem) stanowił położony w pobliżu naturalny punkt widokowy.

Główną atrakcją (poza uroczym widokiem) jest amfiteatr. Dawna kolumnada to już tylko kolejne kamienie, które mija się rzucając im przelotne spojrzenie. Bardzo miło się tam siedziało, słoneczko przygrzewało, ludki się dobrze bawiły.. Było ok. Teraz muszę zebrać siły, bo w ostatnich dniach oklapłem, a w wekeend szykuje się większy wyjazd.





A tak w ogóle, co tam u mnie? Dostałem wiadomości z Anadolu Uviversity. Mam załatwione mieszkanie w Eskisehir, warunki wydają się być dobre. Wydaje się więc, że i tą kwestię można uznać za rozwiązaną. Odbyłem wczoraj rozmowę z moim buddy studentem, Turkiem, który był na eramzusie w Poznaniu, a teraz będzie się mną opiekować w Turcji. Wszystko idzie w dobrym kierunku.

poniedziałek, 25 sierpnia 2008

Sława

Poniedziałek zaczął się wcześnie, i mimo, że czas nie zwolnił, ciągnął się jak włoski makaron... Zgodnie z dyrektywami stawiliśmy się 8.30 w rektoracie. Nie wszyscy. Na czasospowalniaczy czekaliśmy ok. pół godziny. Po tym czasie okazało się, że autobus który być zorganizowany przed uniwersytet, a który miał nas zabrać na posterunek policji nie istnieje. Staliśmy chwilę zażenowani, po czym wsiedliśmy w dolmus i ruszyliśmy ku przeznaczeniu. Na policji panował totalny chaos. Najpierw powiedziano nam, że tylko sprawdzą paszporty, a resident permit załatwimy sobie na uniwersytecie goszczącym (jak co roku), co jednak nie pasowało osobom, którym regulaminowe 30 dni pobytu mijało podczas kursu. Po żmudnych negocjacjach ustataliliśmy, że złożymy papiery tutaj, a w miejscowości docelowej po prostu je uaktualnimy (czyli moje gdybania stały się ciałem... tylko czemu im to tyle zajeło?)
Rozpoczęła się akcja wypełniania formularzy i stania w kolejce. Mieli nawet automat z numerkami, tylko co z tego, skoro nikt się do niego nie stosował? Kiedy przyszła moja kolej, zrobili godzinną przerwę... (między 12-13 większość, jeśli nie wszystkie urzędy są zamknięte). Wskutek tego wszystkiego na zajęcia dotarłem z 40 minutowym opóźnieniem (14.10). Nic produktywnego się nie nauczyliśmy, wszyscy przysypiali.
W drodze powrotnej zakupiłem kartę SD do aparatu, więc znowu mogę szaleć. no name 2 gb za 13 LT to fajna cena :)
ale chwila, powrót bez komplikacji? niemożliwe.
dość długo czekaliśmy na autobus, a jak w końcu zdecydowaliśmy się wsiąść do wyjechaliśmy ... sam nie wiem gdzie. zrobiliśmy rundkę i wysiedliśmy na jakiejś większej ulicy. Stamtąd na azymut trafiłem do hotelu.

Epilog dotyczy wizyty w muzeum Ataturka w miniony czwartek. Otóż zostaliśy wtedy sfotografowani przez dziennikarza gazety Hurriyet. I w niedzielnym wydaniu ukazał się artykuł o nas. Napisano, że zagraniczni studenci Kochają I Podziwiają Atatürka.

Ten sam artytuł został zamieszczony także w poniedziałkowym wydaniu Milliet. A dzisiaj zrobiono nam sesję na uniwersytecie, więc będzie ciąg dalszy. Oto jak stałem się narzędziem w rękach propagandy; a moja sława sięgnęła 10 strony dodatku do niedzielnego wydania.

BTW. gazety w Turcji - w kraju, w którym żyje 70mln osób sprzedają się w łącznym nakładzie ok 1,5 mln gazet dziennie. wynik bardzo mizerny, zwłaszcza, że gazety są bardzo tanie (30-50 Kuruszy czyli ok 0,6 - 1zł) za dzienniki, prawdopodobnie niewiele więcej za magazyny.

i w końcu dostałem stypendium Erazmusa :P

sobota, 23 sierpnia 2008

Rafting


Na początku XX wieku Antalya liczyła ok. 20 000 mieszkańców. Dziś ok. 600 000. Miasto cały czas się buduje, przyjmuje dużą liczbę imigrantów. Charakterystyczny dla centrum jest kręty przebieg wąskich uliczek i chaotyczna zabudowa. Projektowane później trasy przelotowe są szerokie (często 3 pasy) co nie oznacza, że jeździ się komfortowo. Turecki kierowca wykorzysta każdą szparę, żeby wcisnąć się między inne samochody i wyprzedzić. Znaki poziome i pionowe mają w głębokim poważaniu. Dziś pierwszy raz byłem świadkiem akcji „karetka jedzie”. Ponieważ na dwóch pasach stały już 3 samochody, to nie było się gdzie przesunąć, więc wszyscy zaczęli na czerwonym świetle wyjeżdżać na środek skrzyżowania, co wcale nie przeszkadzało tym na zielonym dalej śmigać w swoją stronę. Klaksonu używa się tu cały czas, jak dzwonka na rowerze – uwaga jadę.

A działo się to już w drodze powrotnej ze spływu. Przed 9 wyjechaliśmy do odległego o ok. 100km Selge, gdzie mieliśmy umówiony rafting. Kierowca puścił nam anglojęzyczne techno z basem tak mocnym, że nie dało się słyszeć własnych myśli. Nie mógł zmniejszyć basu, bo mu się coś w radiu zepsuło. A ja dopiero po godzinie wpadłem na to, że mogę go zagłuszyć wsadzając sobie w uszy słuchawki i puszczając muzyki z komórki…
Jechaliśmy po pięknych, krętych serpentynach, mogąc przez okno oglądać jak lipcowe pożary potraktowały lasy na zboczach gór. Na wypalone połacie zaczęło już wracać życie. Bardzo urokliwą okolicę urozmaicał przełomowy odcinek rzeki Köprülü (od niej także nazwa kanionu i Parku Narodowego).
Rafting.
Plus za infrastrukturę, wszystko przygotowane, obsługa zna podstawowe komendy po angielsku, dużo przystani, restauracji; doznania wizualne również satysfakcjonujące.
Minus – totalna masówka. Jednocześnie spływało ze 2000 osób, więc o intymności nie mogło być mowy, przez 3 godziny byliśmy otoczeni przez inne pontony.
Ani plus ani minus za samą rzekę, która w 95% była spokojna i nie dostarczająca szczególnych wrażeń, a kiedy już były spiętrzenia to wysokości może pół metra i bujało może przez 20 sekund (bardzo fajna sprawa, trzeba by kiedyś spróbować bardziej hardcorowego spływu).


Podstawową zabawą podczas spływu jest oblewanie się wodą między pontonami. Woda jest „bardzo orzeźwiająca”, nie wszystkim dziewczynom to odpowiadało. Natomiast My Mężczyźni wskoczyliśmy do tej zimniutkiej wody i bawiliśmy się jak dzieci.
Na bystrzach, w których głębokość rzeki sięgała ok. 3 metrów, nasi młodociani ‘opiekunowie’ (nasz miał max 15 lat, na pontonie innej grupki pokrzykiwał 10latek) zachęcali nas do skoków do wody (z drzewa, albo specjalnego podestu). W miejscu w którym się zatrzymaliśmy, w kolejce do drabiny stała pokaźna polska wycieczka.
Ach, i łyżka dziegciu – nie spodobało mi się, że kierowcy myją swoje busy w rzece, spłukując do niej całą chemię. Wiem, że i w Polsce tak się robi, ALE TAK BYĆ NIE POWINNO.

Najlepszy widok na spływie - zaskakujący - kozy, które stały bokiem przy ścianie wąwozu. Stojąc na bardzo wąskiej półce skalnej i nie poruszając się, z daleka wyglądały jak namalowane. Fantastyczne!

Po spływie dostaliśmy obiad – do wyboru kurczak (szaszłyk, pycha) i ryba (mocno przyprawiona, z własnej hodowli).
Po obiedzie na chwilę użyczyłem aparatu Edwardowi. Po 5 minutach oddał mi niesprawny… Zbieg okoliczności? Zepsuła się karta pamięci. Szlag trafił wszystkie zdjęcia z dzisiejszego dnia. Do nadszarpniętego wcześniej samopoczucia doszło poczucie zmęczenia… Na odwiedzonym w drodze powrotnej punkcie widokowym, honoru broniłem aparatem wbudowanym w komórkę. Będę się prosił o zdjęcia od innych, ale to już nie to samo :(
Cel do zrealizowania – karta SD!


I jeszcze ploteczki. Dla każdej zainteresowanej dziewczyny znajdzie się tutaj Turek. Chętnie zapoznają się z europejskimi dziewczynami w pubach, klubach, nawet na uniwersytecie. Nasza angielka nie pojechała z nami na wycieczkę, ponieważ nie wróciła na noc do hotelu ze swojej kolejnej randki. Nie pojechała też Francuzka, która umówiła się na rejs ze swoim adoratorem. Propozycji składanych dziewczynom było więcej. W drugą stronę to nie działa. W naszej grupie tylko jeden Włoch spiknął się z Finką, też uczestniczką kursu. Amen.

czwartek, 21 sierpnia 2008

Poznajcie Atatürka

Popołudniowa sesja obejmowała dzisiaj wizytę w dwóch muzeach. Postanowiliśmy więc że zjemy na mieście, niejako po drodze.
W autobusie Natalia oznajmiła, że potrzebuje zdjęć do swojego residential permit (ma bardziej pokręconą sytuację niż inni uczestnicy kursu…) więc zacząłem się rozglądać za fotografem. Wysiedliśmy zgarniając Farshada za tłumacza i dość szybko rozwiązaliśmy kwestię zdjęć. Moja uwaga skupiła się jednak na zakładzie fotograficznym.. Jak w każdym innym na ścianach wiszą zdjęcia ślubne, ale coś mi nie gra. U nas na ogół aranżuje się wnętrza, lub jedzie w jakieś ładne miejsce i tam fotografuje nowożeńców. A tutaj widzę parki wklejone w szablonowe tło, np. angielski zamek albo skałki w zatoce Antalya. I jeszcze jeden ciekawy motyw, w lustrach, lub na obrazach wiszących na ścianach wyżej wymienionego wnętrza, są Ci sami młodzi, w tej samej pozie, albo nieznacznie zmienionej. Ot szczególik, ale zrobiło to na mnie negatywne wrażenie… jak robienie zdjęć na tle tapety z palmami, która ma imitować tropiki.

Ok., ale trzeba by coś zjeść. Jestem tu już 2 tygodnie – cel – Kebab, ale czasu niewiele więc bierzemy na wynos. Farszad tym razem (pewnie z pośpiechu) nie dogadał się ze sprzedawcą. Zamiast dwóch normalnych, dostaliśmy dwa podwójne kebaby z baraniną (10 LT. Sporo, na tej samej ulicy można zjeść hamburgera od 1,5LT, za 10 już porządne danie). W kolejnym już lokalu dostaliśmy menu bez wpisanych cen. Niby są na ścianie, ale ja nie czytam (jeszcze) po turecku! No to się najedliśmy, tyle mięsa na raz jeszcze tu nie zjadłem. A właśnie, mięso. W markecie jest nawet 2x droższe niż w Polsce. W mniejszych sklepach nie sprawdzałem, ale tańsze raczej nie jest. Na szczęście chleb i owoce są znacznie tańsze, więc chcąc zaoszczędzić można się odżywiać zdrowiej :]

Muzeum Atatürka. Niewielki budynek, w którym zatrzymywał się, podczas swoich wizyt w Antalyi. Zwiedzanie obejmuje pokaz filmu z relacją z tychże wizyt. Do obejrzenia parter i piętro, kilka pokoi, szału nie ma. Ponoć nie jest to najlepsze muzeum Atatürka w Turcji (podejrzewam, że jest w każdym większym mieście).
Ale o co chodzi z tym Atatürkiem? Najprościej powiedzieć, że jest tureckim odpowiednikiem Piłsudskiego. Nawet żyli w tej samej epoce.


Skrócona historia Mustafy Kumala Paszy – Atatürka

Po przegranej pierwszej wojnie światowej, Turcja (wówczas jeszcze jako Imperium Osmańskie) została bardzo osłabiona, utraciła bardzo rozległe terytoria (Irak, Syrię, Palestynę, Arabię i Jordanię). Społeczeństwo się zagotowało. Upadł sułtanat oraz wybuchła wojna wyzwoleńcza z Grecją, zakończona pokojem w Lozannie w 1923. W wojnie tej głównym dowódcą był właśnie Mustafa Kemal. Po wojnie został on pierwszym prezydentem i przeprowadził liczne reformy m.in. szkolnictwa – wprowadzono łaciński alfabet. Dążył do zmniejszenia roli religii na funkcjonowanie państwa. Chciał uczynić z Turcji nowoczesne państwo. Wprowadził słowo ‘Turek’ do powszechnego użycia i nadał mu pozytywne znaczenie (w przeszłości miało inne powiązania semantyczne), dlatego też zyskał przydomek Atatürka, czyli ojca wszystkich Turków. Bardzo ważne jest, aby nie popełnić faux pas. Niepochlebne mówienie o nim, może prowadzić do incydentów międzynarodowych. Uwielbienie jednostki jest w jego wypadku niewyobrażalne. Nie ma on jednego pomnika w mieście, ma ich kilka, jeśli nie kilkanaście. Jego imienia są ulice, skwery, bulwary, place, szkoły, lotniska, inne budowle techniczne (m.in. największa w Turcji tama). Jest na wszystkich monetach i banknotach, znaczkach, kalendarzach.. Już boję się otworzyć lodówkę ;] Jest go więcej niż tureckich flag, które, nota bene, powiewają na każdej ulicy. Jest ich nawet więcej niż w Polsce na 3 maja.
Portret Atatürka wisi w każdej klasie.

Przenieśliśmy się do muzeum starego miasta. W dawnym chrześcijańskich kościele znajduje się teraz prywatne muzeum, w którym można zobaczyć zbiory ceramiki oraz zdjęcia i ekspozycję przedstawiające życie mieszkańców miasta na przełomie ostatnich 150 lat. Gwódź programu – klimatyzowane piętro, uff.

Godzina 17, powrót do hotelu. Przepierka, blogowanie… teraz nauka (przynajmniej dobre chęci).


wtorek, 19 sierpnia 2008

Türkçe Ögreniyorum

trochę zwolniliłem tempo.
trzeba by się mocniej skupić na nauce. w tym tygodniu zajecia z Binur. jej angielski jest dla mnie jeszcze trudniejszy do zrozumienia niż Nurjay.

Philip w ramach zajęć puścił nam Tales od Istambul. Mroczny film, na który składało się 7 uwspółcześnionych baśni (czerwony kapturek, zaczarowany flet, królewna śnieżka etc.). Przesłanie filmu? W Istambule trzeba być bardzo ostrożnym. Poza tym piękne kobiety zdradzają swoich zapracowanych mężczyzn, a Turcy biją swoje kobiety (poza zapracowanym mężem, któremu pęka serce). Ah, i trzeba uważać na transwestytów (jedna z historii traktowała o nim/jej.. w drodze do Eskisehir..)
Ponoć w tureckiej kinematografii jest teraz trend na filmy bez happy endu.

Nigdy jeszcze mi się nie zdarzyło, żeby mi ktoś buchnął koszyk w markecie. trudno o to, jak się go ciągle pcha. ale zakupy robiłem z natalią, i kiedy odszedłem na chwile, ktoś podprowadził nam koszyk. ok. godzina łażenia po sklepie, ostatni przystanek, człowiek głodny, a tu nagle taki numer?
obleciałem migrosa 2 razy w poszukiwaniu porzuconego koszyka. znalazł się na dziale z dziecięcymi ubrankami, jakieś 20 m od miejsca, z którego został porwany. Koleś wolał zostawić swój koszyk nam, a nasz gdzieś w polu, niż normalnie wrócić i przeprosić. A ponoć Turcy to tacy "dobrzy ludzie".

Ponieważ przepisy dotyczące osób przybywających do Turcji z wizą zmieniają się rokrocznie, jesteśmy zmuszeni do wyrobienia czasowego resident permit już tu, w Antalyi. Jest to dokument potwierdzający miejsce zamieszkania i do tej pory był miesiąc, aby zgłosić się na posterunek policji z niezbędnymi dokumentami. Studencji na kursie językowym byli z tego nawet zwolnieni, bo przecież później będziemy musieli się przenieść do naszego hosta. Tymczasem zostaliśmy poinformowani, że w poniedziałek podstawią nam autobus i zawiozą w odpowiednie miejsce. A zajęcia z języka przełożą na popołudnie.


________________dzisiejszy księżyc

Zmianom ulegają też przyszłe plany. W weekend chciałem jechać do Kas, pojawiła się jednak oferta zorganizowanego wypadu na rafting. Kas będzie musiał poczekać.
... paluch się goi, ale bez tego paznokcia jest taki.. nagi ;]