czwartek, 2 października 2008

Istanbul part 2


Poniedziałek. Zwiedzanie zaczęliśmy po 10. Przeszliśmy placem końskim, obok obelisków i fontanny cesarza Wilhelma II, pocałowaliśmy klamkę na bramie Hagi Sophii (zamknięta w poniedziałek) i przez bramę cesarską weszliśmy do Pałacu Topkapi. Przeszliśmy Dziedzińcem Janczarów, wzdłuż ogrodu pełnego platanów do drugiej bramy Bab-us-Selam, czyli bramy pozdrowień (tam właśnie zlokalizowane są kasy). Stwierdziliśmy, że jednak trzeba było przyjść wcześniej, ponieważ tłumek turystów był już znaczny. Z konsternacją przyjęliśmy fakt, że ceny biletów odbiegają od tych podanych w przewodniku. W sezonie za wejście trzeba wyłożyć 20 LT (podobnie jak w Hagi Sophii), a zwiedzanie obejmuje pomieszczenia pałacowe i skarbiec, natomiast za wejście do Haremu trzeba dodatkowo dopłacić 10LT.

Do pałacu wróciliśmy popołudniu, ale opiszę go teraz.
Nie wiedzieć czemu, cześć pomieszczeń była zamknięta. Taras był zamknięty dlatego, że jakiś lokalny gwiazdor nagrywał na nim teledysk! Niech będzie przeklęty.
Otwarte były 4 sale skarbca w których mogliśmy obejrzeć m.in. relikwie związane z wielkimi religiami. Kiedy zobaczyłem miecz Dawida, nie byłem pewien o którego Dawida im chodzi, ale po chwili znalazłem LASKĘ MOJŻESZA!
W tym miejscu obowiązywał zakaz robienia zdjęć, a ochrona była dość nerwowa (bardziej niż później przy biżuterii, może dlatego, że autentyczności diamentów nikt nie kwestionuje?). Na wprost niezwykle trwałej laski znajdowała się ręka i głowa św. Jana, były także elementy Abrahama. Dalej były relikwie mniej znanych postaci, reprezentowane przez ich zęby, tudzież włos z brody (!).
W innych salach były szaty Mahometa, miecze sułtanów i inne pamiątki z nimi związane.
W osobnej sali zgromadzona była kolekcja wiekowej broni, od łuków, przez pięknie zdobione szlachetnymi kamieniami miecze, po broń palną.

Po przeciwnej stronie dziedzińca znajduje się kolekcja ceramiki i porcelany. Otwarta częściowo. Na nasze nieszczęście, cześć która była otwarta była po prostu nudna, albo może my nie potrafiliśmy jej docenić. Nie dane nam było zobaczyć, działającej na wyobraźnię kolekcji porcelany chińskiej. Po sąsiedzku znajdowały się bardzo przestronne kuchnie.
Oprócz wyszywanych złotem dywanów i wielkiego cesarskiego łoża z baldachimem w sali audiencyjnej, mogliśmy podziwiać panoramę azjatyckiej części miasta z tarasu, położonego nad restauracją.


Zwiedzając w pośpiechu, nie mogłem się doczekać, aby dotrzeć do trzeciego największego diamentu na świecie – 86 karatowego diamentu „wytwórcy łyżek”. Znaleziony przez ubogiego rybaka, został odsprzedany jubilerowi za 3 łyżki.
Ok., jest duży :) jest też pięknie oprawiony w mniejsze diamenty, przez co sprawia wrażenie jeszcze większego.
W tej sali wystawione były także sztylety, które w rękojeściach miały olbrzymie wręcz rubiny i szmaragdy, bogato zdobiona zbroja sułtana oraz dwa 48kg złote kandelabry zdobione tysiącami małych diamentów. Świeczniki te miały dobre 1,5m wysokości, wyobraźcie sobie jak musiały wyglądać świeczki!

Ok., opuściliśmy Pałac i ruszyliśmy w stronę Meczetu Suleymana. Po drodze wkroczyliśmy na Wielki Bazar (Kapalı çarşı). Największe kryte targowisko świata, 30ha i 4000 sklepów, wśród których mnóstwo jest stoisk z biżuterią, kawiarni oraz sklepów z pamiątkami, lampami, ubraniami i słodyczami. Spędziliśmy ok. kwadransa w sklepie z numizmatami, w którym kupiliśmy ciekawe monety :). Przez 18 bram na targ wchodzi dziennie pół miliona ludzi, a handlarze stopniowo budowali zadaszenia, żeby móc spokojnie prowadzić handel przez cały rok.


W drodze z bazaru do Sulejmana, wpadł mi w oko niewielki Ali Pasza Camii. Meczet był zamknięty, ale dostrzegł nas opiekun meczetu, który po kilku minutach przyszedł z kluczami i zafundował nam prywatne zwiedzanie, mieliśmy cały meczet dla siebie. Nie tak bogaty jak wielkie stambulskie świątynie, natomiast kameralny i nastrojowy. Z pięknie malowanymi sufitami i niebieskimi kafelkami z Izniku podkreślającymi jego klasę.


Do Meczetu Sulejmana było już niedaleko. Niestety przeżyliśmy kolejne rozczarowanie, meczet jest w renowacji i otwarta do zwiedzania była tylko niewielka jego cześć.
Nieoczekiwaną atrakcją okazał się położony przy murach cmentarz oraz sułtańskie grobowce, w tym sarkofag Sulejmana Wspaniałego.


Przeszliśmy dalej, w stronę mostu Galata. Przypadkiem weszliśmy na teren Kucuk çarşı, czyli małego targu, który był zdecydowanie bardziej zatłoczony od dużego! Przeciskanie się uliczkami było bezcelowe, tłum niósł jak fala, wprawdzie powoli, ale nigdzie nie pozwalał się zatrzymać. Trzymając się za ręce płynęliśmy z tłumem w stronę mostu Galata.
Między mostem a Targiem Egipskim znajduje się Meczet Nowy, mający bagatela 400 lat. Planem jest zbliżony planem do Meczetu Błękitnego, bardzo przestronny i przebogaty. W każdym meczecie żyrandole zwisają nisko, tu chyba najniżej.

Mostem Galata przeszliśmy na drugą stronę Złotego Rogu, Tunelem wjechaliśmy na Taksim i zjedliśmy obiad w turystycznej części miasta. Wracając zahaczyliśmy jeszcze o Wieżę Galata. Następnym razem, gdy będę w tej części miasta, poszukam muzeum Adama Mickiewicza…

Kiedy wszystko idzie dobrze, coś się musi posypać. Źle zinterpretowałem bilet lotniczy Magdy i musieliśmy jechać na lotnisko już tej nocy. Do hostelu wróciłem nad ranem, a ponieważ wymeldować się trzeba do 11.30, zażyłem tylko 3 godzin snu.
I znowu pojawił się problem z kartą pamięci w aparacie fotograficznym. Dopiero po powrocie stwierdziłem, że wystąpił błąd w 68 kolejnych zdjęciach wykonanych tego dnia wieczorem i następnego rano. Wielka szkoda :(
Były wśród nich zdjęcia ze sklepu z kolczykami, w którym sprzedawca miał do zaoferowania 50138 modeli kolczyków! W tym kolczyki w kształcie ukrzyżowanego Jezusa. Islamskie poczucie humoru?



Istanbul part 1

Niedziela 28.09.2008

Pociąg znowu się opóźnił pół godziny. Próba może niewielka, ale wyciągam wniosek, że wszystkie pociągi w Turcji się spóźniają!
Podróż bez historii, kimaliśmy.
Znowu Haydarpasa i prom, a potem moje pilotowanie do hostelu. W mapę zaopatrzyłem się w środę, droga skomplikowana nie jest, więc idziemy jak po sznurku. Hostel źle oznaczył się na mapce w Internecie, ale po zasięgnięciu języka trafiamy do naszego Cordial House Hostel.


Turystyczna dzielnica – Eminonu, w której znajdują się wszystkie najważniejsze zabytki, słynie także z tanich hosteli. Nocleg można znaleźć za 10 euro za noc. Hostele różnią się jednak między sobą. W naszym, na 12 metrach kwadratowych, stały 4 piętrowe łóżka. Śniadanie za dodatkową opłatą 5.5LT lub 3 euro (mają lepszy kurs euro niż w kantorach! Można płacić, ale nie można wymieniać). W innym, za podobną cenę za noc, można dostać pokój z łóżkami „parterowymi” a śniadanie bywa wliczone w cenę za noc.
Na szczęście jest czysto, tylko koce mają nienajprzyjemniejszy zapach.
Ciekawie wygląda informacja przy recepcji: ‘zakaz spania w śpiworach’, ciekawe jak to egzekwują, ci co mieli śpiwór, zrezygnowali ze sfatygowanych kocy.

Zostawiamy rzeczy i idziemy doświadczać miasta.
Do meczetu błękitnego mamy tylko 300m! Na tym dystansie zostajemy molestowani przez licznych naganiaczy, którzy mają nas za Rosjan albo Francuzów. Kiedy odpowiadamy, że jesteśmy z Polski, potrafią powiedzieć Dzień dobry! A co bardziej wykształceni „Lech Wałesa”.
Jesteśmy zdecydowanie zbyt uprzejmi i kiedy ktoś nas kulturalnie zagaduje po angielsku wdajemy się w kolejną jałową dyskusję, w której musimy tłumaczyć, że „żona nie potrzebuje dywanu!”
Mamy szczęście, Błękitny meczet jest otwarty, trwa jakaś ceremonia, główne wejście jest zatłoczone, bez problemu wchodzimy bocznym. W środku jest pięknie. Weszliśmy oczywiście bez butów, siadamy na dywanie pod kolumną i napawamy się. Pięknymi zdobieniami na ścianach, sufitach, olbrzymich kolumnach; nisko zawieszonymi żyrandolami.
Między częścią dla turystów a osób, które przyszły się modlić jest niewielki płotek z informacją, aby goście nie wchodzili i nie przeszkadzali. Wejść można, ale wyjęcie aparatu było by nie na miejscu. Kobiety mogą wejść na balkon. Mi się to spodobało, bo lepszy widok, Magda uznała, że nie ma się z czego, bo to odseparowanie. Na balkonie kobiety pogrążone były w modlitwie, więc zdjęć też nie robiliśmy.
Magdzie przestało się podobać, kiedy jeden z ochroniarzy zaczął nas przestawiać bez wyraźnej przyczyny. W zachodnich językach nie szło się z nim dogadać, więc podziękowaliśmy, Błękitny odhaczyliśmy i wyszliśmy.
Skierowaliśmy się w stronę Hagi Sophi. Oba zabytki położone są blisko siebie, dojście z jednego do drugiego nie zajmuje więcej niż 10 minut. W połowie drogi jest atrakcyjna wizualnie fontanna, przy której można przysiąść i zjeść lody (sprzedawcy bawią się kupującym lody turystą, warto zobaczyć jak w ‘magiczny sposób’ znika wafelek, jednak lepiej wybrać się w tym celu do mniej obleganej dzielnicy; lody między Świątynią Mądrości Bożej i Meczetem Błękitnym – 6LT; kolacja w taniej lokancie – 5LT).
Wiekowa Haga Sophia jest ładnie oświetlona i wygląda nie tylko dostojnie ale i … ciężko. Chrześcijańska bazylika (VI w.), zamieniona po zdobyciu Konstantynopola na meczet, a w 1935 na muzeum, ma mury grubsze niż zamek w Malborku.


Skierowaliśmy się z powrotem do hostelu. W pokoju oprócz nas było 4 Polaków… Studenci ASP Gdańsk, studiujący w Stambule będący w trakcie przeprowadzki do wynajętego właśnie mieszkania (jedna osoba waletująca), dwoje Australijczyków i jeden chłopak o niezidentyfikowanej narodowości – przyszedł ostatni, kiedy wszyscy byli już w łóżkach, rano natomiast nie śpieszył się ze wstawaniem.
Noc nie przespana najlepiej; jeden klucz do pokoju, zatrzaskujące się drzwi i brak jednego lokatora kierowały nierozgarniętymi studentami ASP, którzy postanowili zostawić drzwi otwarte, żeby nie trzeba było później wstawać i otwierać. Fakt, oni mieliby najbliżej. A my z Magdą drżeliśmy o swój dobytek :]
A w ogóle jak można spokojnie spać przy otwartych drzwiach w hostelu!

Yazılıkaya

Piątek 26.09.2008

Dzień dla nas. Oprowadzam Magdę po uniwersytecie, mieście (odbieram swoje dokumenty; tylko legitymacji jeszcze brak). Zapisujemy się na wycieczkę w sobotę.
Gokhan i Ismail wyjeżdżają w nocy. Kończy się ramazan, zaczyna bayram. Wrócą dopiero 6 października.

Sotota 27.09.2008

Cel wycieczki – Yazılıkaya ("inscribed rock"), ruiny frygijskiego miasta, oddalone o 66km na południowy wschód od Eskisehir.


Ale po kolei Zbiórka o 9 przy bramie uniwerku. Wsiadamy w autobusy i jedziemy ok. godzinę. Zatrzymujemy się „gdzieś”. Nikt nie powiedział, gdzie dokładnie jesteśmy, czy to już, czy jeszcze nie. Byliśmy w małym miasteczku, ponad którym z jednej strony na wzgórzu, pomiędzy polami, widzieliśmy wielki półksiężyc (ułożony z białych kamieni?), z drugiej zaś strony, widzieliśmy górujący nad miastem duży meczet. Dostaliśmy bułeczki i soczek po czym ruszyliśmy pod górę do w/w meczetu.
Niby stary, cześć z XII, XIII, XVI w. ale niezbyt imponujący wewnątrz. W środku trwały jakieś prace, wszędzie porozrzucane były rurki od rusztowań i styropian.
W jednym z pomieszczeń grobowiec, na którym kładzie się kamyczki i wypowiada życzenie. Jeśli nie stoczy się z pochyłej ściany grobowca, spełni się.

Puste wnętrza nie zachęcają. Panorama na najbliższą okolicę jest nieco ciekawsza.
Wracamy do autobusów. Jest duszno i sennie…

Dojeżdzamy do celu i szybko przytomnieniemy. Z jednej strony JEST ZIMNO I WIEJE, z drugiej – tu jest naprawdę nieźle!

Midas city określano nam jako małą Kapadocję, i faktycznie, odkrywamy tu tufy o fantazyjnych kształtach, które inspirować mogłyby Gaudiego. Po sąsiedzku świątynia, w zasadzie pojedyncza ściana, ale za to jaka ściana! Pokryta ornamentem 15 metrowej wysokości ściana! która powstała między 8 a 6 wiekiem przed Chrystusem.
Puścić studentów na samopas na skałki to wszędzie wlezą :P ale cóż poradzić, kiedy z góry lepszy widok.
Miałem pewne obawy (np. lęk wysokości; chociaż jakoś z nim sobie daję ostatnio radę; może z tego się wyrasta), ale kiedy zobaczyłem, ze dziewczyny dały radę…

Następnie ruszyliśmy wzdłuż skałek, odkrywając kolejne podziemne tunele. Fajna zabawa, tylko może obuwie nie do końca dostosowane. Dotarliśmy do krawędzi, po czym wróciliśmy górą. A na górze poza panoramą i księżycowym krajobrazem był jeszcze ołtarz ofiarny. Tak przynajmniej twierdził nasz turecki oprowadzacz Abidin :)

Po skałkach czas na herbatkę w domu przyjmującym turystów i powrót do Eskisehir. Trzeba się mentalnie przygotować na większy wypad – w niedzielę za cel obieramy z Magdą Stambuł. Znajomi, na których liczyłem, że pomogą znaleźć zakwaterowanie, nawalili. Wieczorem zarezerwowałem przez Internet hostel w turystycznej dzielnicy miasta.








Eskişehir - Istanbul - Eskişehir

środa - czwartek 24/25 września 2008

Orientation days za nami, plan uzgodniony, 2 dni zajęć w tym tygodniu, a potem tydzień przerwy. Szkoda, że nie wiedziałem o tym z większym wyprzedzeniem, bo właśnie na te 2 dni zaplanowany był przyjazd Magdy do Eskişehir.

Zgodnie z planem stawiłem się na dworcu TCDD (czyli tutejsze PKP). Pół godziny przed planową godziną odjazdu.
Pociąg miał pół godziny opóźnienia, ale jakoś to przebolałem. I tak miałem być w Stambule 9 godzin przed Magdą. Wszystko ułożyłem z duużym zapasem, oraz pod wpływem bayranu, czyli tureckiego święta, na które wszyscy jadą do domu, co z kolei jest przyczyną braku miejsc w pociągach.

W Stambule miał mnie odebrać z dworca i nadać właściwy kierunek kolega Farshad.
Zapomniało mu się, że ma zajęcia tegoż popołudnia, a dojechać w godzinach szczytu z części europejskiej do azjatyckiej zajmuje trochę czasu; czekałem na niego do 19 podziwiając gmach dworca Haydarpasa i unikając dzieci usiłujących sprzedać mi chusteczki..

Z Farshadem udałem się na wycieczkę promem przez Bosfor na europejską stronę. Promy (1,40 LT, jeden jeton kupiłem na pamiątkę :) ) odpływają z portu oddalonego o ok. pół km od dworca kolejowego, który jest położony nad samym Bosforem; (przy dworcu też zatrzymują się promy, ale raczej w drodze powrotnej). Farshad miał spotkać się z koleżanką i pomóc jej w zakupach sprzętu elektronicznego, a ja miałem wolnych kilka godzin, których nie chciałem spędzić na przystanku autobusowym. Panorama miasta widziana z promu jest fantastyczna. Niestety trzęsie i zdjęcia nie wyszły :(


Farshad pokazał mi Taksim, jeden z głównych placów w nowej części miasta, na północnym brzegu Złotego Rogu. Aby do niego dotrzeć dobrze jest wsiąść w kolejkę podziemną, jadącą pod górę… Wybudowana przez Francuzów w końcu XIX wieku, jest mini metrem, drugim najstarszym na świecie (najstarsze jest w Londynie). Ma dwa przystanki – pierwszy i ostatni, a odległość między nimi to niespełna kilometr. Żeton (Jeton) kosztuje 0,9 LT. „Tunel” pnie się ostro w górę, więc jest atrakcyjny nie tylko jako zabytek ale i pożyteczny, jeśli nie chcemy się przemęczyć wspinaczką.
Z kolejki do Placu trzeba dojść jeszcze spory kawałek. Środkiem turystycznego pasażu przejeżdza Nostalgiczny Tramwaj, zatłoczony wagonik w starym stylu, do którego niektórzy wskakują nawet gdy jest w ruchu.
Stolica, wiadomo – zatłoczona, gwarna i droga. A porcje w barach mniejsze. Studiowanie tu byłoby wyzwaniem.

My tu gadu gadu, a ja muszę wracać na azjatycką stronę, żeby wsiąść w autobus na lotnisko, a nie jesteśmy pewni o której odpływa ostatni prom. Z Taksim na lotnisko odjeżdżają autobusy Havas – bardziej luksusowe i odpowiednio droższe – 10 LT. Ekspress miejski z dworca – 3 LT. Kolejka była już zamknięta więc w drogę w dół pokonaliśmy biegiem. Byliśmy w porcie 3 minuty po 22. Na szczęście okazało się, że ostatni prom odpływał o 23.


Na lotnisko Sabiha, oddalone o 40km jedzie się ok. 50 minut. Będąc ostrożnym, wsiadłem w przedostatni autobus i na lotnisku byłem o północy, 2,5h przed przylotem samolotu z Berlina.
Ludzie porozkładani po siedzeniach (całkiem wygodne), lub wręcz na podłodze, jedni na karimatach i w śpiworach, inni na torbach. Oczekiwanie.
Jest.
Moje Kochanie zmieniło włoski :D Czas zaczyna przyśpieszać.
(…)
Autobusy do miasta odjeżdżają o 3.30 i 5.
Mamy pociąg dopiero o 10… Na przyszłość będę wiedział, że bez problemu zdąży się na pociąg o 8.30! Czas się rozciąga..
(…)
Odjeżdżamy o czasie, ale w połowie trasy zatrzymujemy się w polu. Nadprogramowy postój trwa 2h. Czas ucieka...
Nikt nie mówi po angielsku; z tego co rozumiem, jakaś cysterna przed nami przewróciła się na torach… W Eskisehir jesteśmy późno (17). Prysznic, kolacja, spać, żadnego zwiedzania tego dnia nie będzie.

środa, 24 września 2008

Gość

Telefonu jednak nie zablokowali. Mam nadzieję, że nie zadziała żadne z praw Murphy'ego i nie padnie mi w momencie, kiedy będzie najbardziej potrzebny.

Wyruszam dziś do Stambułu, na lotnisko Sabiha po moją Magdę.
Plan prawie doskonały. Bilety na pociąg zakupione (koniec ramadanu to okres kiedy wszyscy wracają do domu na rodzinne świętowanie; będzie tydzień przerwy w zajęciach, w pociągach brak miejsc), Farszad pomógł logistycznie w kwestii poruszania się po Stambule. Wszystko pójdzie jak po sznurku, ale podróż w dwie strony potrwa >24h..
Z Madzią przyjeżdżamy do Eskisehir, a Stambuł zostawiamy na deser.


Poniedziałek i wtorek w tym tygodniu nazywały się organisation days, w ramach których oprowadzono nas po kampusie i mieście. Pogoda w tym czasie kaprysiła. Dało też o sobie znać zmęczenie materiału, musiałem w końcu rano wstać, a potem łazić.

Ładny meczet zwiedziliśmy.. aparatu nie wziąłem, nic to, pójdę jeszcze raz :)
W środku czuło się atmosferę skupienia, aż ciarki przechodziły, przynajmniej mnie. Dziewczyny narzekały, że im gorąco (musiały założyć chusty, żeby zasłonić włosy). Pięknie zdobione ściany, coś zupełnie innego od mody rzymskokatolickiej.


A zajęcia na uniwerku zapowiadają się bardzo miło.

środa, 17 września 2008

monopoliści i kapitaliści

Same dobre wiadomości.

Zmarł Richard Wright z Pink Floyd.

Z niewyjaśnionych dla mnie przyczyn nie zaakceptowano mi 6 ectsów za kurs w antalyi i będę musiał zrobić go tutaj jeszcze raz. może uda mi się chociaż załapać na wyższy poziom.

Prawdopodobnie będę musiał kupić nowy telefon! co jest wynikiem polityki turcji w sprawie importu sprzętu elektroniczego. aby obronić się przed zalewem tańszego sprzędu zza granicy, każdy telefon musi zostać zarejestrowany w ciągu 30 dni. liczy się data wjazdu do Turcji! o czym nikt mnie nie poinformował. dostałem smsa od operatora, że powinienem zarejestrować telefon po 32 dniach od wjazdu, miesiąc po zakupie karty sim. bardzo fair.


kolejna turecka ciekawostka - znaczki pocztowe. żeby wysłać pocztówkę z Antalyi potrzebowałem znaczek za 0,8. Annafranca znalazła miejsce gdzie mogła się o cenę znaczka targorwać! w rezultacie zapłaciła 0,2 za znaczek 0,8 - pocztówki do Włoch dotarły. W Eskisehir pracownik poczty, spytał gdzie chcę wysłać kartkę i na odpowiedź, że do Polski - dał mi znaczek za 0,5 LT. Mam nadzieję, że dojdzie. Różne ceny w różnych regionach? naprawdę kochają turystów.

poniedziałek, 15 września 2008

Goście Goście

W dalszym ciągu trwa załatwianie formalności na uniwersytecie. Wyrabianie dokumentów, wybieranie zajęć (z tym są komplikacje – z zaproponowanych wykładów w języku angielski, po odjęciu tych, które zdałem już w Polsce oraz kursu języka tureckiego na poziomie podstawowy zostały przedmioty, które w sumie są warte 21 kredytów ects. I trzeba będzie znaleźć coś z innego wydziału, np. hall dances :) - sprawa zgłoszona w international office, mam się pytać na dniach co z tym zrobią).

Podczas sjesty na trawce telefon: Annafranca z Cristiną wybrały się w podróż po Turcji i chcą przenocować w Eskisehir. Gokhan nie widzi przeszkód, więc dziewczyny mogą wpadać.
Tego dnia to ja z Eweliną i Wojtkiem mieliśmy przygotować kolację, więc doliczyłem 2 osoby ekstra i spędziłem kilka godzin na przygotowaniach.
Do stołu podaliśmy z poślizgiem, ale Turcy są tak uprzejmi, że nie mieli pretensji.

Zabrałem dziewczyny w tour po mieście, trasą, którą poprzedniego wieczoru przerabiałem z Gokhanem.
Odstąpiłem też dziewczynom łóżko i położyłem się na podłodze w śpiworze. Dzisiejszy poranek był dla mnie okropny. Problemy żołądkowe, zmęczenie = krwawienie, niewyspanie…
I jeszcze dostałem smsa od operatora, że mój telefon jest nielegalny o ile w ciągu 5 dni go nie zarejestruję.
A Internet może w końcu będzie – sygnał już jest! ale okazało się, że potrzebujemy tureckiego(!) komputera żeby skonfigurować router :/. Jak nie zadziała to pójdę do Internet cafe...
___________________________________________________


No cóż, Internetu nie było. Przełomowy okazał się poniedziałek. Znowu działam.
A na dzisiaj zapowiadają deszcz. Pierwszy w tym roku.
Bez zraszaczy byłaby tu pustynia..


przyszła burza, walnął piorun i zgasło światło. była to akurat pora gotowania, więc zaopatrzyliśmy się w świece.

a wczoraj kolację zjedliśmy na mieście. wieczorami, podczas ramadanu wszystko jest zajęte, więc niezbędna jest rezerwacja. Kiedy zamawia się zupę, przynoszą dla całego stolika, więc płaci się za liczbę osób , które przy nim siedzą, a nie za liczbę osób, które de facto zjedzą zupę (zamówiły 4 osoby a zapłaciliśmy za 6), więc lepiej jest zjeść zupę!
Odbyła się też pierwsza erazmusowa impreza, ciekawe, że zawsze się z nami wlecze gromada Turków, która obstawia dziewczyny. Pod tym względem w całej Turcji jest tak samo :)