niedziela, 2 listopada 2008

Guney Expresi

Od zeszłorocznych Erasmusów słyszałem wiele zachęt do okrywania wschodniej części Turcji, tej prawdziwej, nie skażonej turystycznym komercjalizmem.
Od Turków w Eskişehir, słyszałem tylko, że jest tam niebezpiecznie. Że zdarzają się zamachy na żołnierzy, policje etc. Sami nigdy tam nie byli i pytali, czemu ja chcę tam jechać. Odpowiadałem, że ja też nigdy tam nie byłem – i to jest wystarczający powód.

Kiedy na facebooku umieściłem nieopatrznie informację, że jadę do Kurdystanu, w ciągu kilku minut zostałem objechany przez dwóch Turków, ponieważ nie ma czegoś takiego. To są bandyci, którzy zabijają ludzi i nie szanują kraju; to w skrócie, pełna treść poniżej (dla zainteresowanych jaki stosunek do mniejszości kurdyjskiej prezentuje duża liczba Turków:

”firstly i dont know which stupid person told this or from where you learned this but dont say again this.I think you are not a stupid person i hope so really.Diyarbak... Więcej...ır or wherever is not fucking kurdistan coz there is no anything like kurdistan ok confused man.only there are Turkey dont forget this or I think you must real only stupid people believe TV,magazines,newpaper.Only you can see just reals with your eyes if you have real eyes.Dont be silly ok man.Take care and be healthy.”)

Propozycję podróży do Diyarbakir otrzymałem od Patryka i Emilii. Mimo prób rozszerzenia grupy, ostatecznie pojechała tylko nasza trójka. Podzieliliśmy się co prawda w kwestii dotarcia na miejsce. Dystans ponad 700km był najwygodniejszy do pokonania samolotem (z Ankary), czas podróży wynosił wówczas ok. 8h.
Wariant ekonomiczny zakładał 30h podróż pociągiem. No cóż, wszystkiego trzeba spróbować :)


Na podróż zaopatrzyłem się w solidną wałówę i dwie książki (wydrukowane e-booki).
Odjazd pociągu – piątek 2.00.
Pociąg jakim miałem jechać wyglądał inaczej niż te, którymi podróżowałem do tej pory, był w standardzie polskiego pośpiesznego z przedziałami po 8 miejsc.
Od razu okazało się, że w tego typu pociągach, ludzie nie przejmują się numeracją miejsc! Nie zostałem wpuszczony do swojego przedziału, w którym siedziało 6 osób, w tym dwie starsze panie śpiące na wolnych miejscach. Ponieważ w przedziale nie pachniało najlepiej, mieli zamknięte okno i włączone ogrzewanie, znalazłem sobie inne miejsce i miałem nadzieję, że nikt mnie z niego nie wyprosi.


Do grzejników w sklepach już się przyzwyczaiłem, ale ogrzewanie w pociągu (najczęściej z uszkodzoną regulacją) stałą się moją katorgą. Na szczęście współtowarzysze nie mieli nic przeciwko otworzeniu okna.
Jeśli o innych podróżnych chodzi, to oni się zmieniali a ja pozostawałem wierny mojemu przedziałowi :) przychodzili i odchodzili, tak jak zmieniał się krajobraz. Zgodnie z turecką tradycją dzielili się swoim zaopatrzeniem – także tradycyjnym (simity, pogca, herbata, winogrona…).
Dzień minął dość przyjemnie, przeczytałem książkę, w przedziale zrobiło się trochę luźniej i mogłem sobie nawet poleżeć.
Druga noc to już odliczanie godzin do ostatniego przystanku. Na całej trasie pociąg złapał 1.5h opóźnienia. Do Diyarbakir dotarłem w sobotę ok. 9.40.


Patryk z Emilią wyszli po mnie na dworzec. Od hotelu Kaplan, w którym się zatrzymali, dzielił nas dystans ok. 2km. Ku mej radości, hotel znajdował się już wewnątrz historycznych murów miasta – jego symbolu i największej atrakcji. Mówi się, że są drugie najdłuższe obwarowania, zaraz po Wielkim Murze Chińskim :)
W hotelu mieliśmy wspólny pokój z łazienką. Po odświeżeniu się i przebraniu, ruszyliśmy w miasto.

wtorek, 21 października 2008

sonbahar

Życie biegnie sobie spokojnie. Pogoda atrakcyjna :) liście zżółkły i zaczynają opadać. Złota polska jesień =)

Było by wręcz nudno, gdyby nie wypadki takie jak z kluczem dzisiaj.. wjeżdżając windą bawiłem się bryloczkiem z kluczami. W momencie kiedy winda się zatrzymała i chciałem otworzyć drzwi, brylok wymsknął mi się i wpadł w szczelinę.. między windą a korytarzem.. i poleciał 8 pięter w dół. Zawezwałem na pomoc Ismaila i poszliśmy do naszego housekeepera. Przybył szybciej niż pogotowie, zablokował windę i wskoczył do szybu po moje klucze - hero of the day :)

Godne odnotowania są kolejki na stołówce.. W ubiegłym tygodniu zdarzyła się sytuacja, że kolejki rosnące po przeciwległych stronach wielkiej stołówki, połączyły się.. a wcale nie rosły w zbieżnym kierunku, najpierw ominęły wszystkie stoliki! Nie było wiadomo gdzie kończy się jedna a zaczyna druga, trzeba się było przyjrzeć, żeby dostrzec, że w jednym miejscu ludzie stykają się plecami :]
W następnych dniach zdarzyło się, że zamknięto drzwi wejściowe, bo wewnątrz nie było już miejsca. Dzisiaj ludzie, którzy utknęli w kolejce zaczęli bić brawo. Nie pomogło.

Ostatnio jakby częściej zdarzają się problemy z elektrycznością. A w sklepie po sąsiedzku ustawili duży grzejnik! na zewnątrz było 17 stopni.. Na posterunku policji farelka stała już ponad miesiąc temu. Turcy mnie straszą ostrą zimą.

Zapowiada się tydzień bez wpisów, bo w nocy z czwartku na piątek wyjeżdżam do Diyarbakiru.. Mam nadzieję, że nic nie stanie na przeszkodzie.

wtorek, 14 października 2008

Ankara part 3

Niedziela.

Zaczynamy w punkcie w którym skończyliśmy poprzedniego dnia. Przez Ulus kierujemy się w stronę twierdzy (Ankara Kalesi), która obejmuje historyczne wzgórze, na którym osiedlali się pierwsi osadnicy w II w p.n.e. Idąc za znakami ulegam przywidzeniu i zamiast prosto, skręcam w lewo… Idziemy więc wokół wzgórze podziwiając ruiny z jednej strony i panoramę slumsów z drugiej. Zagadnięci po drodze ludzie każą nam iść w przeciwnych kierunkach, w końcu decydujemy się zawrócić i trafiamy na właściwą drogę. Najpierw jednak wchodzimy do przypadkowego meczetu, który zostaje otworzony specjalnie dla nas. Mężczyzna opiekujący się przybytkiem zaprasza mnie do minaretu! Wszedłem do niego, nie wiedząc, gdzie się pcham; idąc w ciemności wąskimi schodami, krętym korytarzem wysokości półtora metra, w skarpetkach po kamiennych schodach… szybko uprzytomniłem sobie że to minaret,
na szczęście nie bardzo wysoki, bo miałem już pierwsze objawy klaustrofobii. Z góry widok na blaszaną kopułę meczetu i twierdzę, może nie zachwycający, ale to mój pierwszy minaret i na zawsze pozostanie w mojej pamięci :)

Wspinamy się po bardzo długich schodach do twierdzy, a właściwie murów jakie po niej zostały. Turystów tu nie za wiele, kilka kobiet sprzedaje pamiątki… Po raz kolejny podziwiamy panoramę miasta i morze czerwonych dachówek ankarskich slumsów, osiedli wśród których dominują tzw. gecekondu, prowizoryczne budynki postawione bez zezwolenia.

Blisko twierdzy znajduje się Muzeum Cywilizacji Anatolijskich, najlepsze tego typu w kraju. Bilet musi być także wyjątkowy bo kosztuje 15 lir, odstrasza nas to, tym bardziej, że nie mamy kilku godzin na podziwianie prymitywnych narzędzi etc. (zbiory są bogate, ale nie były dla nas aż tak atrakcyjne).
Ruszam na poszukiwanie Ahi Elvan Camii, wiedzie do ulica handlowa, na której niezbyt licznym turystom usiłuje się sprzedać pamiątki. Akurat tak się składa, że Gosia szuka fajki wodnej, więc dryfujemy od sklepu do sklepu.
Zanim Gosia zdecydowała się na fajkę, ja znalazłem mój meczet. Jest to tak zwany „leśny meczet”, w którym większość elementów wykonana jest z drewna. Z zewnątrz jest to niepozorny dom z przylegającym minaretem. Powstał w XV w. i był związany z zakonem derwiszy.
Z tego miejsca, wiedzeni żołądkami udajemy się w drogę powrotną… Dziewczyny przygotowują naleśniki i odprowadzają mnie do metra. Na dworcu bez problemu kupuję bilet i wracam do Eskisehir, a mój pociąg ma 50 minut opóźnienia.


Czekam na rewizytę :) Ankara zdobyta.

Ankara part 2

Dzień pod hasłem Karoliny: "tu się trafikiem nie przejmują" co najlepiej zobrazował radiowóz, przejeżdżający nam przed nosem na przejściu dla pieszych, na naszym zielonym.

Przestawiliśmy budziki z 9 na 10, dzięki czemu udało nam się wyjść z domu o 11.30. Pozytywnym zaskoczeniem było dla mnie, że poszliśmy w czwórkę. Okazało się, że dziewczyny do tej pory nie zwiedziły w mieście nic poza…
Punktem pierwszym i najważniejszym – Mauzoleum Ataturka – Mauzoleum Ataturka (Anit Kabir), sanktuarium świeckiego narodu, odwiedzane rokrocznie przez setki tysięcy Turków, a ostatnio także cudzoziemców. Powstało w latach 1944-53. Główną atrakcją jest neoklasycystyczna budowla o wymiarach 72x55m i 21 m wysokości, otoczona kolumnadą. W środku zobaczyć można 40 tonowy marmurowy sarkofag Ataturka. W pomieszczeniach poniżej, na trasie zwiedzania, można zobaczyć grób Ataturka na podglądzie wideo… No właśnie, dookoła biegnie trasa, w czasie której przechodzi się pod tą monumentalną konstrukcją. Ekspozycje obejmują kolekcję prywatnych rzeczy Mustafy, jak jego szabel, piór, ubrań… Są tu dwie woskowe figury wodza, jedna ma ponoć prawdziwe ludzkie oczy (ale raczej nie samego A.); w jednej z sal jest także wypchany pies ojca narodu.
Zakaz robienia zdjęć jest przestrzegany o tyle, że gdy turysta zrobił zdjęcie telefonem komórkowym, od razu zjawił się strażnik z groźną miną i odeskortował niesfornego turystę to kolejnej sali.
Bardzo atrakcyjnie przedstawiono scenerie z bitew wojny z Grecją (1922-23), w których dowodził Ataturk (Canakkale, Izmir, Sakarya). 20m ściany pokryte obrazami w stylu matejkowskim, wzbogacone o eksponaty ustawione przed nią (druty kolczaste, karabiny, naboje) oraz o ścieżkę dźwiękową z odgłosami bitwy. W przylegających salach dużo jest popiersi i obrazów innych wojskowych.
W innej części obiektu zobaczyć można samochody, którymi poruszał się Ataturk. Z informacji przewodnikowej wynika, że jeden z nich został podarowany przez Hitlera; albo schowali samochód, albo tabliczkę, bo informacje podawały, że darczyńcą był francuski minister spraw zagranicznych. W zbiorach jest także platforma, na której wieziono trumnę zmarłego wodza.
Od placu odchodzi długa na 260m Droga Lwia, zwana tak od licznych posągów hetyckich lwów. Szybkie zwiedzenie całego Mauzoleum zajmuje ok. 2h.


Postanowiliśmy udać się do centrum miasta taksówką. Jadąc w 4 osoby koszt jest taki sam jak 2 dolmusy, którymi musielibyśmy się tak dostać. Poruszanie się po Ankarze do najprzyjemniejszych nie należy. W tym kraju jest tak dużo kurzu, pyłu i remontowanych lub budowanych ulic, że często i gęsto staje się w korku, a ponieważ cały czas jest ponad 20 stopni okno musi być otwarte.

Dojechaliśmy do wieży Atakule. Nowoczesnej budowli, wysokiej na 150m, w której na dole jest centrum handlowe, a na górze obrotowa restauracja. Aby dostać się na punkt widokowy pod restauracją, wjeżdżamy windą płatną 2,5. z Góry widok na drugie pod względem wielkości miasto w Turcji, liczące oficjalnie 4,5mln mieszkańców, położone na wzgórzach, nad rzeką Ankara. Widać też pobliskie góry.
Ankara jest stolicą od 13.10.1923 czyli właśnie świętowaliśmy 85 rocznicę. Przeszło bez echa. Na początku XX wieku liczyła 30 tys. mieszkańców. Po objęciu funkcji administracyjnych ściągnęły tu rzesze biedoty, szukające pracy i lepszego życia. Szybkie rozbudowywanie miasta stworzyło w centralnej dzielnicy Ulus slumsy, po których strach jest chodzić nocą. Ale to właśnie w tej dzielnicy znajdują się ciekawe z punktu widzenia turysty obiekty.
Do Ulus dotarliśmy dolmusem. Przewodnikowa mapa obejmuje tylko fragment miasta, ten właśnie fragment. Od momentu, gdy zobaczyliśmy pomnik Zwycięstwa (Zafir Aniti) poczułem się w swoim żywiole.
Prowadzę dziewczyny do kolumny Juliana, postawionej w IV w. na cześć cesarza, który raczył łaskawie odwiedzić miasto. Na szczycie kolumny urządziły sobie gniazdo nie niepokojone przez nikogo bociany.
pobliżu znajduje się meczet XVw. Haci Beyram, oraz ruiny świątyni Augusta i Romy. O ile do meczetu udaje nam się wejść, na teren ruin wstęp jest zagrodzony. Nie wyglądają jednak zbyt zachęcająco, być może bardziej wartościowe są wewnątrz, gdzie na ścianie wyryty jest jeden z ważniejszych dokumentów starożytności – „dokonania boskiego Augusta”, jedyne zachowane w całości dzieło Oktawiana Augusta.
Jesteśmy blisko Twierdzy, ale ściemnia się, a dziewczyny czuję się w tej dzielnicy bardzo niepewnie, wobec czego wracamy do ich domu.
Wieczorem uczą mnie grać w bodaj najpopularniejszą turecką grę: okey. Jest to odmiana remika, w której gra się kostkami. W życiu nie widziałem głupszego sposobu rozdawania klocków, nawet nie podejmę się próby opisania go… Gra mnie nie wciągnęła.
Oglądamy Psychozę Hitchcocka, na której przysypiam… Umawiamy się, że w niedzielę wyjdziemy do 10.30.

piątek, 10 października 2008

Ankara going to

Czwartek

Wieczór kulturalny, spędzony w Kultur Salonu na campusie, w którym mieści się sala koncertowa. Co tydzień można dowartościowywać się podczas koncertu. Tym razem wystąpiła orkiestra symfoniczna z solistami na klarnecie i oboju. Muzyka muzyką, ale sala jaką dysponują jest fantastyczna. Niestety samoloty latające nad miastem słychać także i tu.

Piątek

Wybieram się do Ankary, trochę wcześniej niż planowałem, ale plany na przyszły weekend ulegają ewolucji.

Po raz kolejny wsiadam w Baskent Expresi, ten co zawsze się spóźnia. Tym razem w Eskisehir miał 20 minut, w Ankarze już godzinę i dwadzieścia minut opóźnienia.
Z okna pociągu kilka razy zaobserwowałem cygańskie obozy. Namioty rozbite poza miastem, między którymi biegają dzieci. bieda..
W tureckiej stolicy studiują znajome erazmuski: Karolina i Gosia; mieszkają ze swoją koleżanką z UMK Kingą, Szkotem Tomem i kolejna polką Kasia; Kasi nie lubią; Kasia będąc 2 miesiące w Egipcie przeszła na islam. I wykorzystuje ludzi; ale to może później.

Dostałem instrukcje jak dojechać metrem w ich okolicę. Nie były to instrukcje zbyt precyzyjne, wskutek czego wsiadłem w złą linię… W Ankarze są dwie (Ankaray i Metro), na szczęście się krzyżują, a przesiąść można się bez potrzeby kasowania kolejnego biletu.
Dotarłem więc szczęśliwie, ale późno. Zostałem ugoszczony prostą kolacją, na którą składał się kalafior. I już. Niezły był, jak to kalafior. W czasie gdy się gotował, wyciągnąłem Karolinę, żeby pokazała mi położone całkiem blisko Mauzoleum Ataturka – centralny punkt miasta. Ładnie wyeksponowane na wzgórzu, zajmuje spory obszar, otoczone parkiem i płotem którego pilnują uzbrojeni strażnicy. Im bliżej byliśmy tym mniej było widać, wobec czego wróciliśmy na rzeczonego kalafiora.


Lokatorzy wybierali się na imprezę, na którą wstęp kosztował 20 lir; i tak średnio im się śpieszyło; oficjalnie czekali na Kasie, żeby pójść razem. W miedzy czasie zjawiło się dwóch Turków. Gdy pojawiła się i Kasia, jeden z Turków otrzymał informacje, że na imprezę przyszło 5 osób, więc wybierają się w inne miejsce. Trochę pod przymusem, o 23.30 zamówiliśmy taksówkę i pojechaliśmy… Elegancki lokal, z listą gości z cenami, które podają dopiero jak się skończy ucztowanie ;]. Do stolika przyniesiono orzeszki, migdały, owoce: winogrono, jabłko, kiwi - wszystko pokrojone; widać zestaw obowiązkowy; Turcy zamówili sobie piwo, a ja, wziąłem się za orzeszki ]:->
Lokal nazywał się Mirrors, na wszystkich ścianach wisiały lustra, światła ukryte były w żłobieniach na suficie, bardzo nowocześnie i efektownie. Z upływem czasu, niektórzy zaczęli tańczyć na stolikach; niektórzy, bo sufit był stosunkowo nisko, a mi na szczęście wzrostu nie poskąpiło. Poważną wadą była dla nas głośność muzyki. Nie dało się przy niej rozmawiać.
Kasia była jednak na tyle zaradna, że przygadała sobie dwóch Kuwejtczyków, których zaczęła nagabywać, żeby wysyłali jej arabskie ciuchy od siebie…
Byliśmy dzielni i wytrzymaliśmy 3h, po których wróciliśmy spaaać.

środa, 8 października 2008

Hava Muzesi

Słodkie lenistwo urozmaiciłem wycieczką kulturalną. W zasadzie, miałem ochotę się przejść po obiedzie. Obrałem kierunek i w ten sposób dotarłem do muzeum lotnictwa. Położony w sąsiedztwie Uniwersytetu niewielki obiekt mijałem już kilkakrotnie, teraz w końcu miałem czas żeby zainteresować się bliżej. Na Muzeum składa się 1 niewielki budynek w którym można zobaczyć silniki z różnych maszyn oraz kokpit samolotu; przed budynkiem, na otwartej przestrzeni, o powierzchni może połowy boiska, stoi kilka modeli samolotów, jeden mały helikopter oraz posąg jakiegoś tureckiego lotnika. Wstęp wolny. Dookoła kręcili się tatusiowie z synkami :) Miły przerywnik.

I w ten sposób minęły mi 2 miesiące w Turcji. Niedługo trzeba by urządzić jakiś półmetek :)
W końcu mamy zajęcia. Niektóre interesujące, inne mniej, a jedne to totalna porażka, ale nie ma się co zagłębiać w szczegóły. Przynajmniej jest co robić. Na szczęście, bo wykorzystałem limit na ściąganie filmów z rapidshare..

czwartek, 2 października 2008

Istanbul part 3

Wtorek, zwiedzanie samotne. Pociąg miałem o 23.30, od 11.30 do 21 łaziłem po mieście. Wpierw udałem się na południową część dzielnicy, nie tak popularną wśród turystów.
Dziś pierwszy dzień Bayram, wiele sklepów i restauracji jest zamkniętych, musiałem więc najpierw znaleźć odpowiednie miejsce na śniadanie. Nie było z tym problemów. Rozłożyłem z pysznym rogalikiem na skwerku z fontanną. Tego dnia w końcu wyszło słońce, a temperatura podniosła się do 23 stopni. Przy fontannie był plac zabaw, po którym biegały dzieci z karabinami, co chwile ktoś odpalał petardy. Towarzyszące petardom wybuchy dało się słyszeć cały dzień.

Idąc wzdłuż morza można było za 1 lirę oddać 4 strzały z wiatrówki do baloników, butelek, papierosów lub zapałek ustawionych na falochronie. Pobawiłem się, wciągnąłem morskie powietrze, pstryknąłem oddalone na horyzoncie wyspy książęce (tych zdjęć też nie ma :( ) i rozejrzałem się za Kucuk Aya Sofya Camii. Mała świątynia ufundowana w 527r. przez cesarza Justyniana, była jeszcze zamknięta, ale pod wejściem zebrała się gromadka turystów indywidualnych, głównie Niemców i Anglików.


Poprzedniego dnia stwierdziłem, że nie można wchodzić do zbyt wielu meczetów na raz, bo przestaje się je doceniać, a wszystkie zaczynają wyglądać tak samo. Tego ranka miałem na szczęście wystarczającą świeżość żeby docenić piękno tej świątyni, która podobnie jak Haga Sophia, został przerobiony na meczet w XVI w. Jest wspaniałym zabytkiem architektury bizantyjskiej.

Niedaleko od Małej Hagii Sophii znajduje się Sokollu Mehmed Pasa Camii, ciekawy meczet z XVI w. w którym na uwagę zasługuję zdobiona ceramicznymi płytkami ściana kible wskazująca kierunek mekki. Mihrab i Mimbar są obramowane złotem i kawałkami czarnego kamienia z Kaaby. Piękne są także zachowane w oknach witraże. Udało mi się zrobić kilka zdjęć, zanim podszedł do mnie pewien pan i powiedział, że tu nie można (nie było żadnych znaków). Po chwili wyjaśniło się dlaczego, przyszedł drugi pan, który sprzedawał pocztówki. Próbował także nawiązać kontakt ze zwiedzającymi, pytając skąd są, Francuzom i Niemcom potrafił coś opowiedzieć w ich języku, jak usłyszał, że jestem z Polski, to tylko po angielsku nadmienił, że architektem tego przybytku był wielki Sinan. Pod meczetem dziewczynki chodziły po ludziach i mówiły, że chcą 50 kuruszy, bo dzisiaj święto. Takie tureckie kolędowanie :P tylko nie śpiewają.

Kilka minut marszem od meczetu w kierunku „na azymut” znalazłem się na ulicy biegnącej na wprost od Meczetu Błękitnego. Poszedłem więc w kierunku przeciwnym, ku nieznanemu ;). Nieznany okazał się kolejny meczet – Beyazyda. Jest to najstarszy sułtański meczet w Stambule i pierwszy zbudowany na podobieństwo Hagi Sophii, ze skomplikowanym kopułowym systemem zadaszenia. Po drugiej stronie placu moim oczom ukazała się Brama Uniwersytecka z prawdziwego zdarzenia. Uniwersytet Stambulski pokazał swoją klasę, chociaż tylko przez bramę.


Starałem się bez pomocy mapy dojść do widzianego wcześniej z mostu Ataturka, Akweduktu Walensa. Doczytałem, że wybudowany w IV w. za panowania cesarza Walensa akwedukt miał 1km długości, 29 metrów wysokości i kończył się ogromną fontanną – studnią. Studnia się nie zachowała, a między filarami akweduktu jeżdżą obecnie samochody. Być może miałem już dość meczetów, bo akwedukt wywarł na mnie naprawdę duże wrażenie. Dostrzegłem też ludzi chodzącym po nim, zacząłem więc szukać wejścia. Tak jak się spodziewałem, wejścia nie było (a właściwie było zablokowane blachą), a dzieciaki i nastolatki wchodziły na górę po ścianie, w której po wykruszeniu się kilku cegieł można było znaleźć oparcie dla nóg.


Poprosiłem ich o demonstracje, podałem na górę swoje rzeczy, po czym wdrapałem się na górę :P. Świetny punkt widokowy! Przeszedłem wiadukt wzdłuż i chciałem zejść w miejscu w którym wydawało mi się, że będzie najlepiej. Ekhm, mam szczęście, że nic sobie nie zrobiłem. Natomiast gdybym dorwał dzieciaki które rzucały petardy, kiedy ja gramoliłem się na dół to bym im pokazał gdzie raki zimują…

Dość zmęczony poszukałem jeszcze Kolumny Marsjasza, na której Marsjasza już od dawna nie ma, bo zrabowany przez Wenecjan stoi w Bari jako posąg kogoś innego. Natomiast kolumna stoi na niewielkim rondzie, schowana miedzy blokami.

Trochę marudząc ruszyłem w drogę po rzeczy zostawione w hostelu. Restauracja, w której poprzedniego wieczoru jedliśmy z Magdą była zamknięta, więc nastawiłem się, że zjem coś w Taksim, ale zdążyłem zgłodnieć wcześniej i zatrzymałem się w pierwszej lepszej lokancie. A później okazało się, że nie muszę iść mostem, bo za 2 minuty odpływa prom dokładnie tam gdzie mi potrzeba, czyli do dworca Haydarpasa. Zostały mi zatem 4h do odjazdu pociągu, zaczynało się zmierzchać… Postanowiłem znaleźć Carrefoura, którego widziałem na mapie. I znalazłem. Ze zdziwieniem, bo nie był oblepiony reklamami sklepów, których marki można znaleźć w środku. W ogóle, oprócz głównego wejścia, którego nie widziałem od strony mojej ulicy, nie był oświetlony. Myślałem, że to jakiś wielki magazyn, bo wielkością to było to M1! I nie był to tylko Carrefour, ale całe centrum handlowe w którym było wszystko czego dusza zapragnie.

Koniec końców spędziłem kilka godzin na stacji, kilka godzin w pociągu, który, jakżeby inaczej, spóźnił się, ale na szczęście tylko ok. kwadransa (na szczęście, bo nie 2h jak poprzednio). Ubrałem się na cebulkę co było strzałem w dziesiątkę; zegar na stacji pokazywał 5 stopni Celsjusza. Szybciutko dotarłem do domu, w którym przywitał mnie kot.
I kocie kupy, których przez tych 3 czy 4 dni kot narobił dosłownie kupę. Smród był nie do wytrzymania więc musiałem coś z tym zrobić. I odkryłem że nie ma wody!
Przez godzinę szukałem zaworu, kręciłem wszystkimi ruchomymi częściami – na próżno. O 5.30 zdecydowałem się dzwonić po moich wspaniałych współlokatorach. Żadne nie odebrało. Sam bym pewnie też nie odebrał. W końcu umyłem się wodą uprzednio przegotowaną, która stała w dzbanku na stole i poszedłem spać. Po 9 Ewelina przysłała smsa, że teraz może rozmawiać. Dowiedziałem się, że szkopuł nie tkwił w zaworze tylko w całym systemie! Za wodę trzeba zapłacić z góry, specjalną kartą wtykaną w licznik, który jest na klatce schodowej. A karta była schowana wraz z jej dokumentami, między czasopismami w jej pokoju. Dziękuję za współpracę.


Koło południa zaskoczyło mnie pukanie do drzwi… mojego pokoju. Był to Witek, który dostał klucze od Wojtka i wpadał na Internet. Spytany odpadł, że smród kocich kup mu nie przeszkadzał. Doglądał kota, ale po nim nie sprząta. W końcu to nie jego kot.
Witek uświadomił mi, że Patryk jeszcze nie wyjechał do Alanyi (mamy wolny cały tydzięń, ja z mojego wojażowania już wróciłem inni dopiero wyjeżdzają), więc skontaktowałem się z kolegą Patrykiem, który dysponuje pralką i wpadłem do niego z zapowiedzianą wizytą :)

Sklepy dalej pozamykane, musiałem się naszukać miejsca w którym mogłem coś zjeść. W końcu kupiłem mrożoną pizze w markecie i dzisiaj nigdzie się nie ruszałem. Rekonwalescencja psychiczna i fizyczna. Szalony tydzień za mną. Teraz wszystko będzie się rozkręcać powoli.


A do Stambułu jeszcze wrócę... W grudniu, podczas Bożego Narodzenia jest zorganizowany 3 dniowy wyjazd. Nie wiem, czy wcześniej nie zorganizuję sobie czegoś sam. Wiem, co chciałbym zobaczyć następnym razem. Więc, do następnego razu.