wtorek, 6 stycznia 2009

Myra



Noc była zimna i obudziłem się lekko podziębiony, na tyle, że wolałem się w morzu nie kąpać… I tylko zazdrośnie patrzyłem na Vojtka i Vitka. No, ale do rzeczy. Z okazji nowego roku, śniadanie zostalo przesunięte na 11… Podczas śniadania, Abidin ogłosił, że znowu mamy czas wolny, tym razem do 17, kiedy mieliśmy jechać do Chimery. Tego było dla mnie dosyć, wziąłem sprawy w swoje ręce i od ręki rzuciłem, że jadę do Myry. Jechać ze mną zdecydowali się… Hande, Vojtek i Vitek, skład sprawdzony, a nie za duży, więc byliśmy mobilni. Bus do głównej drogi (dystans 11km) miał odjeżdżać w ciagu godziny, dwóch… informacja ta o mało nas nie zawróciła. Próbowaliśmy złapać okazję i szcześliwie się udało. Dominika, jechała na wycieczkę ze swoim tureckim przyjacielem i zgodzili się zabrać całą naszą czwórkę do parkingu przy głównej trasie. Tu okazało się, że do Myry bus niedawno pojechał, ale możemy tam dotrzeć z przesiadką w Finike. Tak też zrobiliśmy, Finike miało słynąć z dywanów, ale dumne jest także z pomarańczy, a co kilkadziesiąt metrów stoją pomniki, między innymi dziewczynki stojącej na globusie z pomarańczą w dłoni, czy tańczącego derwisza. W miasteczku jest przystań jachtów i piękne plaże. Stąd do Myry jechaliśmy z szalonym kierowcą busa, fantazyjną, krętą drogą. Z jednej strony mieliśmy zbocze, z drugiej morze, zakręty śmierci na każdym kroku, a nasz mistrz kierownicy z pełną brawurą wyprzedzał kolejne samochody. Widoki przypominały mi moją kochaną Chorwację…

W końcu dojechaliśmy. Była godzina 15. Myra to ok. 10 000 miasteczko na południowym wybrzeżu Licji. Warta odwiedzenia jest z dwóch powodów. Pierwszy, to wspaniałe skalne grobowce. Widać je z dystansu, a żeby podejść bliżej trzeba niestety wysupłać z portfela 10TL. Po sąsiedzku z grobowcami stoi amfiteatr. W sumie zwiedzania w tym miejscu niewiele, ale przyjmujemy że liczy się jakość a nie ilość. Przy wyjściu czeka na nas oryginalna taksówka. Prywatny samochód z naganiaczem, który za 10! lirów oferuje podwózkę na dworzec autobusowy. Jest nas czworo, ale nabijać w butelkę się nie dajemy, no może trochę, udaje nam się wynegocjować 7 Lirów ;] jako cel kursu podaję kościół św. Mikołaja. Tak, tak, tego prawdziwego. I to jest drugi główny cel wizyty w Myrze. Mikołaj był tutaj biskupem. Tradycja bożonarodzeniowych prezentów związana jest z jego działalnością charytatywną. Otóż, Mikołaj był przypadkowym świadkiem rozmowy 3 sióstr, których ojca nie stać było na posag dla nich. Starsza siostra chciała nierządem zarobić na posag dla siebie i sióstr, chroniąc je w ten sposób przed wstydem i upadkiem. Duchownemu, który był skądinąd majętny, zrobiło się ich żal i w nocy podrzucił do ich domu złote jabłka. Dziewczęca cnota została ocalona, zaś Mikołaj proceder swój regularnie powtarzał, czym zaskarbił sobie wdzięczność mieszkańców i dzieci na całym świecie. W kościele jego imienia do zobaczenia są resztki fresków i domniemany grób świętego. Wejście wyceniono na 10TL. Zadowoliliśmy się widokiem zza płotu, a atrakcje jakie czekały na nas wewnątrz zobaczyliśmy uwiecznione na magnesach, sprzedawanych na pobliskim stoisku…
O 17 ruszamy w drogę powrotną. Vitek zasypia z otwartą zarówno buzią jak i oczami.. widok jest na tyle zabawny, że robię mu zdjęcie. Przebudzony Vitek ma małe pretensje, ale to równy Czech, więc nie kruszy o to kopii. Odgraża się wprawdzie zemstą, ale później stwierdza, że ja, gdy zasnąłem w autobusie, zachowałem godną pozę :) potraktował mnie więc śnieżką :]

Wracamy zbyt późno, aby wziąć udział w wyjeździe do Chimery. Robimy więc powtórkę z Sylwestra. Poza filmem; słuchamy muzyki i dyskutujemy na tematy wszelakie…

Ostatniego dnia śniadanie konsumujemy ok. 10. Jesteśmy przekonani, że wyjazd w drogę powrotną nie nastąpi zgodnie z programem tj. o godzinie 12. Idziemy wiec ostatni raz na plażę, w końcu za dnia :). W tym momencie następuje wspomniana uprzednio czeska kąpiel w morzu. Woda była bardzo przyjemna, coś jak czerwcowy Bałtyk. Spokojnie wracamy do obozu, gdzie okazuje się, że wyjazd został przełożony o godzinę.


Sylwestrowa zabawa źle skończyła się dla Andrei, której skradziono torbę z całym bagażem, aparatem, portfelem… Przy tej okazji dowiedziałem się, że podczas bożonarodzeniowej imprezy w Stambule, Vitkowi z plecaka ukradziono 250Lirów, a Vojtkowi butelke Raki. Wstrząsnęło mną to, bo mój plecak leżał tuż obok ich! Wyszedłem z imprezy wcześniej, więc może dzięki temu uniknąłem strat. Z drugiej strony, może gdybym miał oko na ich rzeczy :(…
Skoro poruszam już temat pieniędzy, 1 stycznia wprowadzono w Turcji nowe banknoty i monety. Zmieniono nazwę z Nowej Liry Tureckiej na Lirę Turecką. Poprzednia wymiana pieniędzy, połączona z denominacją miała miejsce ok. 6 lat temu… Obecna zmiana jest dla mnie mało zrozumiała. Nowe banknoty są mniejsze, bardziej kolorowe. Oczywiście na każdym jest Ataturk, ale już nie w tej samej pozie, został zróżnicowany, a na dyszce ma nawet wąsy! Nowe monety są ładne. Gratka dla kolekcjonerów.

Droga powrotna przeciągnęła się podobnie jak drogą w tą stronę. Niestety, zatrzymywaliśmy się regularnie co godzinę! Po drodze zobaczyć mieliśmy wodospad Koprulu, położony na obrzeżach Antalyi Zatrzymaliśmy się na postój 5 km przed wodospadem! Sam wodospad i park wokół niego to miejsce bardzo urokliwe, nawet zimową porą. Zdjęcie pstryknięte, jedźmy w końcu! Cóż, organizacja podobnie jak w Stambule była do bani. Zatrzymaliśmy się jeszcze na kolacje – 1,5h… Im dalej na północ tym było zimniej i bardziej biało. Mieliśmy informacje, że w Eskisehir szaleje śnieżyca! Dojechaliśmy ok. 2. Gdy wyjeżdżaliśmy z Olymposu, temperatura wynosiła +12. Gdy dojechaliśmy do Eskisehir, było -12.

Weekend został przeznaczony na wyleczenie przeziębienia – misja zakończona powodzeniem :] turecka grypa nie ma szans ze zmasowanym atakiem polskich medykamentów :D

poniedziałek, 5 stycznia 2009

Yeni yil 2009 kultu olsun


Sylwestrowy wyjazd do Olymposu! Czyli powrót do korzeni (o ile zapuściłem je w Turcji, hmm..). W Olymposie byłem przecież już pierwszego dnia – 9 sierpnia. Wtedy było upalnie, po kamienistej plaży nie szło przejść boso nie naraziwszy się na poparzenia drugiego stopnia, woda była wspaniała, ciepła i przejrzysta, a po powrocie do hotelu zrobiłem zdjęcie moim czerwonym z zażenowania plecom :]
O powtórce z rozrywki mowy być nie mogło. Temperatura na południu Turcji wynosiła ok. 10 stopni, a chłodzący czynnik wiatru -5…
Ale po kolei. Wyjechać z Eskisehir mieliśmy o 23.45 („prosimy być punktualnie”), wyjechaliśmy 0.15, co skomentowałem, że „szybko”. Za wcześnie… Autobus podjechał do centrum, gdzie Litwinki wyskoczyły po coś do swojego mieszkania, Polacy poszli zamówić durumy, a Turcy zaczęli szukać monopolowego! Później kolejne 20 minut postoju w nieustalonym celu. Wyjechaliśmy ok. 1! A potem zaczęły się cogodzinne postoje… Wiadomo, piwo jest od dawna znanym czynnikiem moczopędnym… Sprzyja też konserwacji, ale pogarsza słuch, skutkiem czego, dwie osoby stojące metr od siebie niemal krzyczą, nie zważając na 30 osób próbujących spać… Na zwrócenie uwagi, że jest 3.30, pada odpowiedź, że pewnie skończą o 7.30. No i co? No i nic… W Antalyi staliśmy ok. godzinę, bo nasi organizatorzy szukali bankomatu! W Olymposie mieliśmy się zameldować na 9 i zjeść śniadanie. Nic z tego, kiedy było wiadomo że nie dojedziemy, ok. 6 zatrzymaliśmy się w przydrożnej restauracji, w której ceny dyktowali jak w Sheratonie.

W Olymposie byliśmy o 11.40. Miał to być dzień wolny, który chciałem poświęcić, żeby pojechać do Myry (no bo przecież nie będę się opalał na plaży, a tutejsze ruiny widziałem latem). Byłem jednak zbyt zmęczony i brakło mi motywacji, zwłaszcza kiedy od pracowników obozu dowiedziałem się, że droga w jedną stronę zajmuje ok. 3h (poza sezonem jest mniej połączeń). No i skończyło się na tym, że… poszedłem na plażę, a potem zwiedziłem ruiny :). Okazało się, że za pierwszym razem, zwiedzając w pośpiechu, przegapiłem ponad połowę, zdecydowanie ciekawszą połowę. Między innymi: to co pozostało z mozaik (V w.), ruiny teatru (są po drugiej stronie rzeczki; słabo oznaczono, że tam też jest coś do zwiedzania, skutkiem czego cześć osób tam nie trafiła), nekropolie… z łaźni rzymskich nie zostało nic poza kupą kamieni. Nie starczyło mi wyobraźni, żeby te kamienie jakoś mnie wzruszyły…
Zakwaterowanie w drewnianych domkach. Ciepła woda pojawiła się drugiego dnia. Grzać miała nas klimatyzacja, która jednak lepiej spisuje się do chłodzenia w lecie. Ściany i podłoga pełne szczelin skutecznie wychładzały pomieszczenie. Niewątpliwą atrakcją były, oprócz wysokich skał dokoła, rosnące między domkami drzewa pomarańczowe! Owoc prosto z drzewa – bezcenny!
O 18 dostaliśmy kolacje, nadspodziewanie dobrą! Zupa i udko kurczaka z ryżem i sałatką, z opcjonalną dokładną! Było cudnie :)

Sylwestrowa impreza miała się odbyć w klubie… średnio mi się ten pomysł podobał. Z Hande, Vitkiem, przez jakiś czas Wojtkiem, spędziliśmy wieczór w domku, oglądając koreański horror, z czeskimi napisami, tłumaczonymi na żywo na angielski :) W tłumaczeniu brałem czynny udział, ciekawe, ile można zrozumieć z tego języka nigdy wcześniej się go nie ucząc.
Nowy Rok chcieliśmy przywitać na plaży. Droga do niej prowadzi przez nieoświetlone ruiny… Ekstremalne przeżycie, iść lasem przyświecając sobie telefonem komórkowym. Było nam raźniej, gdyż dołączyli się do nas Maris ze swoją drugą połową. Do plaży dotarliśmy 23.57. Wspólne odliczanie i przywitanie nowego roku było bardzo sympatyczne. Nad nami czyste niebo z tysiącami gwiazd. Wprawdzie nie było szampana, ale i tak było miło. Woda była przyjemna, ale nie chcieliśmy się zamoczyć. Gdy do brzegu dotarła fala większa niż się spodziewaliśmy, uciekając potknąłem się i zasunąłem Hande z główki… Podbiłem dziewczynie oko, aj… Wróciliśmy do obozu i znaleźliśmy dla niej lód. Włączyliśmy kolejny film, przy którym zasnąłem…