czwartek, 3 grudnia 2009
piątek, 27 lutego 2009
ostatni rozdział, czyli epilog bis
Rano zostałem zawieziony na lotnisko Luton.
Przepisy na lotnisku pozwalają mieć jedną sztukę bagażu podręcznego, a za bagaż podręczny uznawana jest także torba na laptopa, lub na aparat fotograficzny! Byłem do tej pory na 5 lotniskach, ale z tak bzdurnym przepisem jeszcze się nie zetknąłem. Pasażerowie rozwiązują tą kwestie pakując wszystkie mniejsze torby w jedną większą siate, lub związując je razem, aby fizycznie tworzyły jedno ciało.. Ja musiałem przywiązać torbę od latopta do plecaka, a laptopa nieść w ręku, w końcu nie jest torbą, więc wszystko zgodnie z procedurą.
Na ekranach pojawił się komunikat, że lot będzie opóźniony co najmniej 2h. Po trzeciej zostaliśmy zaproszeni na ostatnią odprawę, a tak niespodzianka! Z powodu śnieżycy samolot nie poleci. Proszę odebrać swój bagaż i ustawić się w kolejkę do przebookiwania! %)*($^%#^()!!
W tejże kilkuset osobowej kolejce (odwołano wszystkie loty, m.in do Budapesztu, Gdańska, Wrocławia, Warszawy...) poznałem parę maturzystów z Siedlec. A ja przecież śpieszę się, aby planowo rozpocząć praktykę pedagogiczną w moim dawnym liceum!
Jak mały jest ten świat, a lotnisko w Luton to już w ogóle kurnik. Po kilku godzinach podano nam informacje co nam przysługuje oraz numer telefonu, pod którym możemy zmienić rezerwację. Wkrótce punkt obsługi klienta przestał pomagać w czymkolwiek zasłaniając się informacją, że szef nie kazał... Numer telefonu na koszmarnie drogą infolinię przez większość czasu podawał komunikat aby czekać, po czym całkiem przestał odpowiadać. Sytuację tą znam z relacji. Podobnie jak dalsze próby dodzwonienia się do operatora sieci lotniczej. Kiedy telefon przestał odpowiadać, niedoszli pasażerowie kombinowali z numerem (może został źle podany?) dzwonią na numery zbliżone (z zerem, lub bez..). Skutkowało to nerwicą niewinnej kobiety, na której domowy numer dodzwoniło się kilkadziesiąt osób.
Gdy miałem szansę uzyskać pomoc w punkcie obsługi, powiedziano mi, że jest samolot o 19 tego dnia, a następne w środę i piątek rano. Szanse na to, że wylecę tego dnia wieczorem były szacowane na 50%. za dużo. Po kolejnych 6h na lotnisku wszystkie loty nadal były zawieszane. Wieczorem po raz kolejny zostałem zabrany przez szwagra..
W internecie znalazłem informację, że mój bilet został przez obsługę przeniesiony na środowy wieczór, a więc raptem 60h po planowanym wylocie.. Gdy w następnym tygodniu spotkałem licealistkę z kolejki, dowiedziałem się, że oni wylecieli dopiero w piątek..
A co się właściwie stało? Spadło 5-10 cm śniegu. Temperatura ok -2 stopni. Na wielką brytanię to wystarczy. Brak infrastruktury do odśnieżania spowodował, że stanęły autobusy, londyńkie metro, zamknięto szkoły (i oczywiście lotniska), a 1/3 ludzi wzięła dzień wolny w pracy. Telewizja nadawała komunikat aby nie wyjeżdżać nigdzie bez potrzeby (co przy sytuacji, gdzie nikt nie ma zimowych opon, jest całkiem zrozumiałe) oraz jak stan klęski w Anglii, wydaje się śmieszny dla kontynentalnej części Europy.. Aklimatyzowanie poerazmusowe przebiegało w sposób zupełnie nieprzewidziany.
Idąc na skróty, w środę wieczorem w końcu wyleciałem do Polski, z Okęcia odebrał mnie brat, po 1. byłem w domu rodzinnym; w czwartek lotniska na Wyspach były znów zamknięte, oczywiście z powodu kolejnej śnieżycy. W Polsce, zaraz na drugi dzień po przyjeździe, uderzyła we mnie grypa. Praktyka w szkole stanęła pod znakiem zapytania, ale to już zupełnie inna historia.
Przepisy na lotnisku pozwalają mieć jedną sztukę bagażu podręcznego, a za bagaż podręczny uznawana jest także torba na laptopa, lub na aparat fotograficzny! Byłem do tej pory na 5 lotniskach, ale z tak bzdurnym przepisem jeszcze się nie zetknąłem. Pasażerowie rozwiązują tą kwestie pakując wszystkie mniejsze torby w jedną większą siate, lub związując je razem, aby fizycznie tworzyły jedno ciało.. Ja musiałem przywiązać torbę od latopta do plecaka, a laptopa nieść w ręku, w końcu nie jest torbą, więc wszystko zgodnie z procedurą.
Na ekranach pojawił się komunikat, że lot będzie opóźniony co najmniej 2h. Po trzeciej zostaliśmy zaproszeni na ostatnią odprawę, a tak niespodzianka! Z powodu śnieżycy samolot nie poleci. Proszę odebrać swój bagaż i ustawić się w kolejkę do przebookiwania! %)*($^%#^()!!
W tejże kilkuset osobowej kolejce (odwołano wszystkie loty, m.in do Budapesztu, Gdańska, Wrocławia, Warszawy...) poznałem parę maturzystów z Siedlec. A ja przecież śpieszę się, aby planowo rozpocząć praktykę pedagogiczną w moim dawnym liceum!
Jak mały jest ten świat, a lotnisko w Luton to już w ogóle kurnik. Po kilku godzinach podano nam informacje co nam przysługuje oraz numer telefonu, pod którym możemy zmienić rezerwację. Wkrótce punkt obsługi klienta przestał pomagać w czymkolwiek zasłaniając się informacją, że szef nie kazał... Numer telefonu na koszmarnie drogą infolinię przez większość czasu podawał komunikat aby czekać, po czym całkiem przestał odpowiadać. Sytuację tą znam z relacji. Podobnie jak dalsze próby dodzwonienia się do operatora sieci lotniczej. Kiedy telefon przestał odpowiadać, niedoszli pasażerowie kombinowali z numerem (może został źle podany?) dzwonią na numery zbliżone (z zerem, lub bez..). Skutkowało to nerwicą niewinnej kobiety, na której domowy numer dodzwoniło się kilkadziesiąt osób.
Gdy miałem szansę uzyskać pomoc w punkcie obsługi, powiedziano mi, że jest samolot o 19 tego dnia, a następne w środę i piątek rano. Szanse na to, że wylecę tego dnia wieczorem były szacowane na 50%. za dużo. Po kolejnych 6h na lotnisku wszystkie loty nadal były zawieszane. Wieczorem po raz kolejny zostałem zabrany przez szwagra..
W internecie znalazłem informację, że mój bilet został przez obsługę przeniesiony na środowy wieczór, a więc raptem 60h po planowanym wylocie.. Gdy w następnym tygodniu spotkałem licealistkę z kolejki, dowiedziałem się, że oni wylecieli dopiero w piątek..
A co się właściwie stało? Spadło 5-10 cm śniegu. Temperatura ok -2 stopni. Na wielką brytanię to wystarczy. Brak infrastruktury do odśnieżania spowodował, że stanęły autobusy, londyńkie metro, zamknięto szkoły (i oczywiście lotniska), a 1/3 ludzi wzięła dzień wolny w pracy. Telewizja nadawała komunikat aby nie wyjeżdżać nigdzie bez potrzeby (co przy sytuacji, gdzie nikt nie ma zimowych opon, jest całkiem zrozumiałe) oraz jak stan klęski w Anglii, wydaje się śmieszny dla kontynentalnej części Europy.. Aklimatyzowanie poerazmusowe przebiegało w sposób zupełnie nieprzewidziany.
Idąc na skróty, w środę wieczorem w końcu wyleciałem do Polski, z Okęcia odebrał mnie brat, po 1. byłem w domu rodzinnym; w czwartek lotniska na Wyspach były znów zamknięte, oczywiście z powodu kolejnej śnieżycy. W Polsce, zaraz na drugi dzień po przyjeździe, uderzyła we mnie grypa. Praktyka w szkole stanęła pod znakiem zapytania, ale to już zupełnie inna historia.
epilog
Wyruszyłem w drogę powrotną. Nastawiony bardzo optymistycznie, bez lęku i żadnych wahań. Mając w pamięci epopeję koleją w drodze do Diyarbakir, przygotowałem się mentalnie na 36 godzinną drogę do Polski.
Pakowanie trochę mi się rozwlekło. Szukanie souvenirów trwało przez cały ostatni tydzień. Następnie pojawił się problem z wagą bagażu. Ostatecznie bagaż nadawany przekraczał limit o ok pół kilograma. Liczenie setnych części kilograma zaczęło się już wcześniej.. Gdy 2 tygodnie przed wyjazdem skończyła mi się pasta do zębów, nie chciałem kupować nowej, lecz pożyczałem od Vitka (który na ostatnie dni wprowadził się do nas - w jego mieszkaniu odcięto wodę a współlokatorzy nie zostawili karty do wody.. jak dla mnie brzmi znajomo..). Na lotnisku zdecydowałem się przełożyć żeliwną kłódeczkę z walizki na plecak, bynajmniej nie, aby go zabezpieczyć, ale żeby obniżyć wagę walizki!
No ok. Zanim dotarłem do lotniska, też się trochę działo.
Wyszedłem z bloku w sam raz aby zdążyć na pociąg o 2. walizkę ciągnąłem po ulicy, żeby nie niszczyć kółeczek na kostkce chodnikowej. Po przejściu wiaduktu usłyszałem za sobą bardzo głośny huk. Jadący ok 20 metrów za mną samochód zjechał z jezdni i uderzył w barierkę ochronną.. Kierowca zdaje się wracał z imprezy.. żegnaj Eskisehir.. Pociąg oczywiście spóźnił się - pół godziny. Do Stambułu dojechał jednakże planowo - 7.30.
Cóż można począć z tak pięknie rozpoczętym dniem? Byłem umówiony z Annafranką na zwiedzanie. Bagaże miałem zostawić w przechowalni na dworcu. Miała się obudzić ok 9 i dojechać do mnie po 10. O 11 uznałem, że czekam wystarczająco długo, wobec jej milczącej komórki, wsiadłem w autobus, który miał mnie zabrać na lotnisko Sabiha. PO kwadransie zadzwoniła Annafranka, której się zaspało.. No trudno, przynajmniej nie spóźnię się na samolot.
Na lotniku udało mi się podłączyć laptopa pod jedyne gniazdko jakie udało się znaleźć. Zabijałem więc kolejne godziny oglądając 2 filmy. 6 godzin upływało powoli, bo laptop nie ma mocnych głośniczków, a Turcy są głośni! Koniec końców, wsiadłem w samolot linii easy jet i odleciałem do Londynu. W czasie lotu miałem przyjemność zobaczyć Stambuł i Londyn po zmroku z lotu ptaka. Patrząc na stolicę Wielkiej Brytanii odniosłem wrażenie, jakby był to wielki cmentarz z tysiącami zniczy.. Na szczęście wylądowaliśmy bez przeszkód, a na lotnisku czekali już na mnie Krzysiek i Monika. Samolot do Warszawy miał odlecieć o 8.30 więc na 8 godzin zostałem przygarnięty do domowego ogniska mojej siostry :)
Pakowanie trochę mi się rozwlekło. Szukanie souvenirów trwało przez cały ostatni tydzień. Następnie pojawił się problem z wagą bagażu. Ostatecznie bagaż nadawany przekraczał limit o ok pół kilograma. Liczenie setnych części kilograma zaczęło się już wcześniej.. Gdy 2 tygodnie przed wyjazdem skończyła mi się pasta do zębów, nie chciałem kupować nowej, lecz pożyczałem od Vitka (który na ostatnie dni wprowadził się do nas - w jego mieszkaniu odcięto wodę a współlokatorzy nie zostawili karty do wody.. jak dla mnie brzmi znajomo..). Na lotnisku zdecydowałem się przełożyć żeliwną kłódeczkę z walizki na plecak, bynajmniej nie, aby go zabezpieczyć, ale żeby obniżyć wagę walizki!
No ok. Zanim dotarłem do lotniska, też się trochę działo.
Wyszedłem z bloku w sam raz aby zdążyć na pociąg o 2. walizkę ciągnąłem po ulicy, żeby nie niszczyć kółeczek na kostkce chodnikowej. Po przejściu wiaduktu usłyszałem za sobą bardzo głośny huk. Jadący ok 20 metrów za mną samochód zjechał z jezdni i uderzył w barierkę ochronną.. Kierowca zdaje się wracał z imprezy.. żegnaj Eskisehir.. Pociąg oczywiście spóźnił się - pół godziny. Do Stambułu dojechał jednakże planowo - 7.30.
Cóż można począć z tak pięknie rozpoczętym dniem? Byłem umówiony z Annafranką na zwiedzanie. Bagaże miałem zostawić w przechowalni na dworcu. Miała się obudzić ok 9 i dojechać do mnie po 10. O 11 uznałem, że czekam wystarczająco długo, wobec jej milczącej komórki, wsiadłem w autobus, który miał mnie zabrać na lotnisko Sabiha. PO kwadransie zadzwoniła Annafranka, której się zaspało.. No trudno, przynajmniej nie spóźnię się na samolot.
Na lotniku udało mi się podłączyć laptopa pod jedyne gniazdko jakie udało się znaleźć. Zabijałem więc kolejne godziny oglądając 2 filmy. 6 godzin upływało powoli, bo laptop nie ma mocnych głośniczków, a Turcy są głośni! Koniec końców, wsiadłem w samolot linii easy jet i odleciałem do Londynu. W czasie lotu miałem przyjemność zobaczyć Stambuł i Londyn po zmroku z lotu ptaka. Patrząc na stolicę Wielkiej Brytanii odniosłem wrażenie, jakby był to wielki cmentarz z tysiącami zniczy.. Na szczęście wylądowaliśmy bez przeszkód, a na lotnisku czekali już na mnie Krzysiek i Monika. Samolot do Warszawy miał odlecieć o 8.30 więc na 8 godzin zostałem przygarnięty do domowego ogniska mojej siostry :)
sobota, 31 stycznia 2009
Koniec
coś się kończy coś się zaczyna.
co się zaczyna? rok 2009, który będzie rokiem przełomowym w moim życiu. Przyniesie odpowiedzi na część pytań, do innych znacznie przybliży.
maraton. za 2,5h ruszam w drogę powrotną. wiem, co czeka mnie na jej końcu.
podróż przez Stambuł i Londyn do Warszawy, prowadzi się światowe życie :)
co się kończy? 172 dni w Turcji, podczas których było i lepiej i gorzej, ale z których nie zrezygnowałbym pod żadnym względem.
blog? pomyślany był jako relacja z podróży, nie wiem więc czy będzie ewoluował, np. jako relacja z absurdów dnia codziennego, czy po prostu urwie się... zależeć to będzie też od tego, czy ktoś chciałby to czytać. W końcu Chmielewską ani Głowackim nie jestem.
Okazją do wznowienia bloga byłyby z pewnością spotkania z poznanymi tu ludźmi, Annafranką z Włoch, Farshadem o skomplikowanej biografii, Vitkiem i Vojtkiem z Czech, Patrykiem... Najwięsze podziękowania kieruję dla Hande, bez pomocy której nie poradziłbym sobie za żadne skarby. Z nią spotkać będzie się najłatwiej, ponieważ wybiera się na Erazmusa do Krakowa. Mam wielką nadzieję, że zawarte tu przyjaźnie, nie skończą się tak definitywnie, jak kończy się mój pobyt w Turcji.
i kota też mi będzie brakować.
co się zaczyna? rok 2009, który będzie rokiem przełomowym w moim życiu. Przyniesie odpowiedzi na część pytań, do innych znacznie przybliży.
maraton. za 2,5h ruszam w drogę powrotną. wiem, co czeka mnie na jej końcu.
podróż przez Stambuł i Londyn do Warszawy, prowadzi się światowe życie :)
co się kończy? 172 dni w Turcji, podczas których było i lepiej i gorzej, ale z których nie zrezygnowałbym pod żadnym względem.
blog? pomyślany był jako relacja z podróży, nie wiem więc czy będzie ewoluował, np. jako relacja z absurdów dnia codziennego, czy po prostu urwie się... zależeć to będzie też od tego, czy ktoś chciałby to czytać. W końcu Chmielewską ani Głowackim nie jestem.
Okazją do wznowienia bloga byłyby z pewnością spotkania z poznanymi tu ludźmi, Annafranką z Włoch, Farshadem o skomplikowanej biografii, Vitkiem i Vojtkiem z Czech, Patrykiem... Najwięsze podziękowania kieruję dla Hande, bez pomocy której nie poradziłbym sobie za żadne skarby. Z nią spotkać będzie się najłatwiej, ponieważ wybiera się na Erazmusa do Krakowa. Mam wielką nadzieję, że zawarte tu przyjaźnie, nie skończą się tak definitywnie, jak kończy się mój pobyt w Turcji.
i kota też mi będzie brakować.
piątek, 30 stycznia 2009
Hamam
Od dawna odkładałem wyjście do Hamamu, czyli tureckiej łaźni. W końcu nadarzyła się okazja i wybraliśmy się z Vitkiem. Byliśmy totalnie ciemni, nie wiedzieliśmy czego się spodziewać, poza tym, że będziemy się tam myli. Zwiedzaliśmy łaźnie w pałacach, w każdych ruinach było zaznaczone ich miejsce, ale czynna łaźnia to jednak zupełnie inna bajka. Turecka bajka.
W środku dostajemy klapki, ręcznik do owinięcia się w pasie i szafkę na rzeczy. Jeśli nie mamy swojego sprzętu to możemy kupić mydło i szampon. Zostajemy skierowani schodami na niższy poziom i przez odsuwane drzwi wchodzimy do głównej sali.
W kłębach pary, która na moment zapiera dech, siedzi kilkunastu panów, leniwie polewających się wodą. Na środku zlokalizowana jest jakby sadzawka, przy ścianach, w odstępach ok. 2 metrowych kamienne umywalki, do których bezustannie spływa woda gorąca i zimna. Strumień wody ciepłej jest odkręcany zdecydowanie bardziej, co skutkuje atmosferą sauny.
Zdjęcie wykonane telefonem w warunkach partyzanckich, z przyczajki za rurą :)
Za dodatkową opłatą można zostać porządnie wyszorowanym. Panowie, którzy się nami zajęli, wykonują swoją robotę dość rutynowo, najpierw klepią w plecy, aż huk idzie, a następnie przystępują do mycia. Myjki-rękawice, w jakie są wyposażeni, niesamowicie ścierają naskórek, zbiera się w wałeczki! Następnie krótki masaż (lub po prostu poklepanie i powygniatanie ramion i pleców). Cała operacja trwa ok. 8 minut i jest zdecydowanie godna polecenia. Już po wszystkim oddaliśmy się relaksowi i ok. pół godziny wypacaliśmy się na zdrowie.
Po wyjściu otrzymujemy nowe ręczniki, zawijają nas w nie jak Egipcjan. Czujemy się wspaniale. Szkoda, że nie odwiedziłem tego przybytku wcześniej, bo na jednej wizycie bym nie poprzestał. W Eskisehir dla pań i panów są przewidziane inne dni tygodnia, w większych łaźniach zapewne mają po prostu oddzielne pomieszczenia.
(Wejście i szorowanie przez profesjonalistę 9 lirów. Mrukliwy pracownik cudzoziemcom nie wydaje reszty. Podobna usługa w nastawionej na turystów łaźni w Stambule może być nawet 5 razy droższa.)
W środku dostajemy klapki, ręcznik do owinięcia się w pasie i szafkę na rzeczy. Jeśli nie mamy swojego sprzętu to możemy kupić mydło i szampon. Zostajemy skierowani schodami na niższy poziom i przez odsuwane drzwi wchodzimy do głównej sali.

Zdjęcie wykonane telefonem w warunkach partyzanckich, z przyczajki za rurą :)
Za dodatkową opłatą można zostać porządnie wyszorowanym. Panowie, którzy się nami zajęli, wykonują swoją robotę dość rutynowo, najpierw klepią w plecy, aż huk idzie, a następnie przystępują do mycia. Myjki-rękawice, w jakie są wyposażeni, niesamowicie ścierają naskórek, zbiera się w wałeczki! Następnie krótki masaż (lub po prostu poklepanie i powygniatanie ramion i pleców). Cała operacja trwa ok. 8 minut i jest zdecydowanie godna polecenia. Już po wszystkim oddaliśmy się relaksowi i ok. pół godziny wypacaliśmy się na zdrowie.

(Wejście i szorowanie przez profesjonalistę 9 lirów. Mrukliwy pracownik cudzoziemcom nie wydaje reszty. Podobna usługa w nastawionej na turystów łaźni w Stambule może być nawet 5 razy droższa.)
czwartek, 29 stycznia 2009
Ortaklar & Izmir

Niedziela 24.01
Wstaliśmy o 8. Mieliśmy nadzieję, że uda nam się tego dnia zobaczyć Festiwal Wielbłądów (Camel Fight) w pobliskiej miejscowości. Co niedzielę walki odbywają się w innej miejscowości. Powstała jednak wątpliwość, czy tego dnia się odbędą, ze względu na deszczową pogodę. Najpierw udaliśmy się do Muzeum Archeologicznego (5TL).

Nieco dalej posągi m.in. Afrodyty, Odpoczywającego wojownika… Elementy fontann, które miałem okazję zobaczyć poprzedniego dnia.



Prosto z muzeum złapaliśmy busa do Ortaklar. Szybko okazało się, ze walki wielbłądów zostały odwołane :( Złapałem doła, bo wybierałem się specjalnie na nie i planowałem to przeszło 2 miesiące. Musieliśmy się zadowolić zdjęciami z wielbłądami, które po kupkowaniu na ulicy, zostały zapakowane na ciężarówki.
walkę wielbłądów można zobaczyć tutaj:
http://www.youtube.com/watch?v=faJcx7ranTM


Z Selcuku pojechaliśmy do Izmir. Koleś sprzedający bilety gwarantował, że dworca autobusowego na kolejowy kursuje bezpłatny shuttle bus. Nie było. Koszt 2-2,5 lira nie był nie do przełknięcia i zaparłem się że znajdę ten shuttle bus. Odmawiałem kolejnym namolnym przewoźnikom, a potem gdy zwróciłem się po wskazówki do pracowników dworca, zostałem zaprowadzony do najbardziej namolnego z naganiaczy na dworcu :]
Dojechaliśmy na dworzec kolejowy Basmani 4 godziny przed odjazdem naszego pociągu.


Idąc od Basmane wzdłuż Fevzi Pasa Bulvari, wyszliśmy na wprost przystani promów. Izmir leży w największej na zachodnim wybrzeżu zatoce i komunikacja działa tu podobnie jak w Stambule. Skręciliśmy w lewo i idąc wzdłuż wybrzeża (plaż nie uraczysz :( ) wkrótce dotarliśmy do Konak Lock Tower. Tu zrobiliśmy przerwę.

Mając spory zapas czasu obraliśmy kierunek do Kadifekale – murów zamkowych. Po drodze mieliśmy przejść przez dawną Agorę. Skierowaliśmy się tam przez turystyczną aleję, pełną okropnie namolnych sprzedawców! Wyglądało to trochę jak Grand Bazar w Stambule. Próbowano nam sprzedać wszystko od skórzanej kurtki przez parasolkę po narkotyki!
Ktoś tam nawet pytał czy jesteśmy chińczykami i czy mówimy po francusku! Jakieś dziwne doświadczenia muszą mieć ludzie w tym regionie.

Agora z kilkoma kolumnami i ścianami była zamknięta, ale po Efezie… nawet nam przykro nie było. Idąc dalej zaczęliśmy jednak odczuwać zmęczenie. Vojtek uznał, że ostatnie 2 godziny poczeka na dworcu, zostałem więc tylko z Vitkiem. Idąc za mapą dotarliśmy do wysokich schodów. A potem było już tylko lepiej! Długa i stroma droga zdawała się nie mieć końca. Plecak przyciskał mnie coraz bardziej do ziemi, znów zaczynał padać deszcz, nachodziły myśli o poddaniu tego wzgórza, ale Vitek dzielnie parł do przodu. Podejście zakończyło się sukcesem – czułem się co najmniej jakbym wszedł na Rysy! Nagrody jednak nie było, kiedy dotarliśmy na szczyt było już całkiem ciemno, także przez to, że zerwał się porywisty wiatr, a deszcz zaczął zacinać pod kątem prostym. Musieliśmy się zadowolić światłami miasta w dole, z murów, które były główną przyczyną naszej wspinaczki zobaczyliśmy niewiele :)
Mój parasol nie przeżył. Przemoczeni pośpiesznie schodziliśmy uważając, aby nie poślizgnąć się, albowiem kolejny przystanek był dobrych kilkadziesiąt metrów niżej. Samochody które próbowały w takich warunkach wjeżdżać pod górę miały ciężkie zadanie. Jeden ze śmiałków w trybie awaryjnym zjechał do tyłu, stojący za nim w pośpiechu musieli uciekać z drogi.

Na dworcu o ustalonej porze czekały na nas autobusy które zabrały nas na Ulukent. Tam wsiedliśmy w pociąg. Nie czuliśmy się zbyt komfortowo w mokrych ciuchach, zwłaszcza z przemoczonymi butami i skarpetkami. I tu przytrafiła się jedna z milszych sytuacji jakie spotkały mnie w Turcji. Zaczęło się od tego, że pomogliśmy wrzucić na półkę walizki dwóm młodym dziewczynom. Po chwili prosiły nas, żeby zdjąć je z powrotem, bo one też przemokły i chciały założyć suche skarpetki. Vitek wypalił, czy nie mają przypadkiem więcej zapasowych skarpetek, a dziewczyny odpowiedziały twierdząco! Dostałem krwistoczerwone skarpetki z Homerem Simpsonem :) Komfort podróży znacząco wzrósł. Bez problemowo dojechaliśmy do Eskisehir… oczywiście z opóźnieniem ;)

wtorek, 27 stycznia 2009
Selcuk & Efez
Piątek 23.01
Egzaminy i eseje złożone. Ostatnie podpisy na obiegówce załatwione. Wieczorem spotkanie u Husseina i przed 23 pociąg do Izmiru. Łzawe pożegnanie z Andreą, mam nadzieję, że spotkamy się w Berlinie. Przyjaciółka Husseina erazmusująca w Amsterdamie zaprasza w semestrze letnim… I tak jakoś się wszystko rozchodzi.
Z Vojtkiem i Vitkiem spotykam się na stacji kolejowej. Jedziemy razem, ja odpowiadam za organizację, więc jestem spokojny. Jedyne co może pokrzyżować plany to pogoda. Poł godziny opóźnienia pociągu nie robi wielkiego wrażenia. Po intensywnym dniu udaje mi się nawet zdrzemnąć w pociągu. Ok. 10 dojeżdzamy, ale nie do Izmiru, ale do stacji Ulukent. Tory w Izmirze są remontowane i pociągi zatrzymują się przed miastem, pasażerowie przesiadają się do autobusów i jadą do centrum. My potrzebujemy się dostać na dworzec autobusowy, zostajemy skierowani do minibusa i za jedyne 3 lira jedziemy na dworzec. Tam mamy 10 minut do odjazdu minibusa do selcuk (7TL), wszystko idzie jak po sznurku. Rano padało, ale teraz pogoda się poprawia. Po godzinie jesteśmy w Selcuk.
Po raz kolejny przewodnik Korsaka popisuje się olśniewającą precyzją. Przechodząc przed muzeum archeologicznym zostajemy zaczepieni przez autochtona, który chce nam wcisnąć preparowane monety z Efezu. Mój przewodnik ostrzega przed jegomościami podającymi się za studentów archeologii, którzy wmawiają turystom, że sprzedając znalezione w Efezie monety zarabiają na studia. Jegomość jest dotknięty do żywego zarzutem o wątpliwą autentyczność monet.
Po kilkunastu minutach znajdujemy hostel, w którym rezerwowałem pokój – Tuncay Pension. Za 25 lira otrzymujemy trójkę z łazienką, dużo kocy na noc i śniadanie rano. Standard satysfakcjonujący. Szybciutko wychodzimy zwiedzać, bo grafik mamy dość napięty. Okazuje się, że żołądki moich przyjaciół mają inny priorytet i przed zwiedzaniem domagają się napełnienia. Wybieram niewielki bar przy skromnym deptaku, w którym kelner jest skłonny dać nam upust (niski sezon, turystów jak na lekarstwo). Jegomość jest bardzo uprzejmy, ale wygląda jak ciężki kryminalista, jego fizjonomię naznacza duża blizna po ostrym narzędziu, które trafiło go między oczy. Na posiłek czekamy dość długo, ale jest pysznie i niedrogo, więc coś za coś.
W Selcuk wszystko jest blisko. Miasteczko ma 27000 mieszkańców. Już 5 minut od naszego baru znajduje się dworzec autobusowy. Efez jest oddalony o 3km, a za bilet liczą sobie 2 TL. Postawiony przed wyborem: czekać 15 minut i płacić, lub za darmo wybrać pół godzinny spacer wybieram to drugie. Czesi pokornie podążają za mną. Dzięki wybranemu rozwiązaniu orientuję się w lokalizacji innych ciekawych zabytków, do których dociera się odbijając od głównej drogi. Zaobserwowaliśmy też żółwie pływające w kanale przy drodze. Szczególne zainteresowanie nimi wykazał Vojtek, który swego czasu szmuglował żółwie z Libii do Czech.. długa historia (w sumie nie bardzo, ale nie na temat).
Docieramy do bram Efezu. To znaczy do bramek, gdzie musimy kupić bilet za 20 TL. Mój się zacina :]
Jeszcze przed wejściem zaczepia nas taksówkarz i proponuje podwózkę do domu Dziewicy Maryi (Meryemana), która według tradycji miała tam spędzić ostatnie lata swego życia (w pamięci mi się miesza, czy w szkole mnie uczyli że została żywcem wzięta do nieba? Pewnie najpierw chciała zwiedzić Efez… Domek i figura (nie robi cudów, koniec końców jesteśmy w kraju islamskim) jest miejscem pielgrzymek… Co kto lubi. Wyżej wymieniony taksówkarz informuje nas, że normalnie kurs kosztuje 50, ale od nas weźmie tylko 30. Nawet się nie targujemy, taksówkarz nie wygląda na zmartwionego, kiedy odchodzimy.

No dobra, Efez. Jedno z najbardziej znanych miejsc w Turcji. Czy zasłużenie?
Wg. Korsaka, w II wieku n.e. miasto zamieszkiwało 400 000 mieszkańców. Wg tablicy w muzeum archeologicznym, w szczytowym momencie liczba mieszkańców przekraczała 200 000. Jedno drugiemu nie przeczy, aczkolwiek rozbieżność jest znaczna.
Wchodzimy bramą północą. Już z oddali widać okazały teatr (145 m średnicy, 30 wysokości, pojemność widowni 25000) z czasów hellenistycznych, aczkolwiek przebudowany przez Rzymian. Oprócz przedstawień odbywały się tu ważne spotkania mieszkańców, festiwale i zawody atletyczne. Przed teatrem widać małą fontannę, (wody nie ma, trzeba więc użyć wyobraźni i nie przeoczyć), w kształcie małej świątyni, która może być najstarszą budowlą w mieście (III w. p. n. e.), poznać ją można po dwóch jońskich kolumnach.
Na Po przeciwnej stronie widać ruiny, albo raczej fundamenty po bazylice i łaźniach. Arkadiana – droga wiodąca do dawnego portu jest zagrodzona. Była to jedna z dwóch głównych arterii miasta, o długości 530 m i szerokości 11 m.
Ulicą Marmurową (drugą główną arterią miasta), docieramy do Biblioteki Celsusa, wybudowanej na cześć senatora rzymskiego i prokonsula prowincji Azji (której Efez by stolicą) – Tiberiusa Iuliusa Celsusa (nie mylić z Celsjuszem), Jest to najczęściej fotografowany obiekt w Efezie. Budynek powstał w 110 r. n.e. Składał się z jednego pomieszczenia. Do środka prowadzą 3 wejścia u szczytu stopni szerokich na całą fasadę (21 m.). Fasada składa się z marmurowych bloków, pomiędzy wejściami – 8 korynckich kolumn, połączonych w pary i zwieńczonych półokrągłymi i trójkątnymi frontonami. W niszach fasady umieszczono posągi – personifikacje cnót Celsusa (mądrość, charakter, myśl, wiedza), które są jednak kopiami oryginałów, które znajdują się w Muzeum Efeskim w Wiedniu. Wnętrze o wymiarach 11x16,5 m. było zajęte przez dwupiętrowe galerie, gdzie przechowywano 12 tysięcy zwojów (opis za Korsakiem, po wykładzie z architektury byłbym w stanie powiedzieć, że były kolumny i wyglądały fajnie).

Po prawej stronie od biblioteki można zobaczyć pozostałości Dolnej Agory (kształt kwadratu o boku 112 m. która służyła celom handlowym). Po lewej Bramę Hadriana, obecnie dwie niczym nie wyróżniające się dwa cokoły z 4 kolumnami w porządku doryckim.
Idąc ku górze ulicą Kuretów (210 m. długości, 6-8 szerokości, różnica poziomów 20 m.) mijamy Świątynie Hadriana – wg przewodnika jeden z najciekawszych obiektów w Efezie. Prostokątny budynek poprzedzony dwoma korynckimi kolumnami, w centralnej części popiersie bogini Tyche, wszystko bogato zdobione, ornamentyką roślinną jak i mitycznymi postaciami i bóstwami. Mijamy dawne latryny, sklepy, zwracamy uwagę na nimfeum Trajana, monumentalną fontannę wybudowaną w 114 r. Monumentalne było kiedyś, ale nie będę już przytaczał opisu. Nieco dalej z fontanny Polliona zachował się wysoki łuk..
Górna Agora robi już mniejsze wrażenie. Wszystko zaczyna wyglądać podobnie. Jest tu amfiteatralny buleuterion – budynek posiedzeń rady, oraz miejsce konkursów muzycznych. Naprzeciw znajdowała się bazylika… Dzisiaj jej nie zobaczymy. Obok buleuterionu znajdują się pozostałości prytanejonu, odpowiednika ratusza, gdzie znaleziono dwa posągi Artemidy Polymastron czyli „z licznym biustem”, które są do obejrzenia w muzeum w Selcuku.
I na tym zwiedzanie się kończy.
Jak na rozreklanowane miasto o tylu mieszkańcach (wśród nich m.in Hieraklit, który ładnie ujął kwestwię przemijania - "panta rei", czyli wszystko płynie), spodziewałem się więcej. Było to dla mnie bodaj siódme antyczne miasto, więc poziom emocji porównywalny do oglądania do oglądania w święta „Kelvin sam w domu”. Niemniej trzeba było to miejsce zaliczyć. Na gorąco uznałem, że bardziej podobało mi się Hierapolis (->Pammukale i Hierapolis), Vojtkowi-Termessos. Dobra rada – nie jeździć po wszystkich możliwych ruinach bo tracą urok.
Wracając z Efezu skierowaliśmy się do Jaskini Siedmiu Śpiących (Yedi Uyuyanlar), nekropolii z czasów bizantyńskich, gdzie znajduje się kilkadziesiąt grobów wbudowanych w skałę. Naszą uwagę przykuły drzewa, w całości obwieszone szmatkami. Jak dowiedziałem się później, ma to działać jak magiczna studnia. Przybywające tu pary przywiązują fragment materiału do gałęzi i wypowiadają swoje życzenie, czy ma to być samochód czy dziecko. Ot życzeniowe drzewko.
Wróciliśmy do głównej drogi i po chwili skręciliśmy do Artemizjonu – Świątyni Artemidy, jednego z siedmiu antycznych cudów świata. Dziś to jedna smutna kolumna z bocianim gniazdem na czubku. Niegdyś otoczona potrójną kolumnadą musiała wywierać kolosalne wrażenie. Dotknięcie kolumny i odrobina dobrej pozwala poczuć, że jest się w miejscu historycznym. Szkoda, że została zburzona na rozkaz patriarchy Konstantynopola jako triumf chrześcijaństwa.

Muzeum Archeologiczne zmieniło godziny otwarcia i zostało zamknięte o 16, więc podchodzimy pod ruiny na wzgórzu Ayasuluk. Cytadela górująca nad miastem jest od kilku lat zamknięta dla zwiedzających, ale jest tu jeszcze Bazylika św. Jana. Apostoł miał tu napisać swoją ewangelię i spędzić ostatnie lata swego życia. Pod murami napotykamy obdartego autochtona, który twierdzi, że tam pracuje i, mimo że bazylika jest już zamknięta, oprowadzi nas po niej za 10 lirów od osoby!
Na jego propozycję zbiera mi się na śmiech, więc przechodzę obok niego i szukam oficjalnego wejścia. Ten jednak nie chce się odczepić, najpierw schodzi do pięciu lirów i nawołuje do nas iście bazarowym szwargotem. Wyraźnie zirytowany (albo naćpany), zadaje dziwne pytania, typu „are you Chinese?”. Nie jesteśmy pewni czy sugerował nam że jesteśmy na haszyszu, czy chciał go sprzedać. Odwróciłem się do chłopaków i powiedziałem, że przyjdziemy jutro. Nie docenił znajomości angielskiego tureckiego chłopka. Oświadczył, że mnie zabije jak przyjdę jutro, i że nie żartuję. Zdeterminowany. Olaliśmy go i wróciliśmy do hostelu.
Długo się nie naodpoczywaliśmy, bo gospodyni zaprosiła nas na tureckie wesele. Szybki prysznic i o 20 wychodzimy.
Wesele po turecku niewiele ma wspólnego z weselem po polsku. Są państwo młodzi i tort… i to tyle. Na dużej sali było ok. 300 osób, ubranych w codzienne, nieświąteczne ubrania. Stoły były puste, chyba, że ktoś z gości przyniósł sobie butelkę… wody mineralnej. Większość gości bezczynnie siedzi i patrzy się na podwyższenie, gdzie przy stole siedzą tylko młodzi. Obok nich gra i śpiewa didżej, a ok. 30 osobowa grupa podryguje w rytm tureckiej muzyki. 
Spora grupa zachuszczonych pań siedzi schowana w koncie. Ok. 20 panów zaprawiało się piwem na piętrze. Dokoła biegają młodociani… ok. 21 wjeżdza tort, młodzi dokonują pierwszego cięcia szablą, później tort jest roznoszony pomiędzy gośćmi, a impreza przebiega wg wcześniejszego schematu.
Po kolejnej godzinie zaczyna się oryginalna ceremonia. Goście ustawiają się w kolejce do młodych, którym składają prezenty w postaci złotych bransoletek, kolczyków, oraz przypinając im szpilkami banknoty to strojów. W tym celu młodzi są wyposażeni w czerwone wstążeczki. Po kilku minutach są obwieszeni girlandami pieniędzy. Po tej ceremonii na Sali zostaje tylko bliska rodzina i najbliżsi przyjaciele, a cała reszta wraca do domów. Jest ok. 22.30.
Pieniądze trafiają do toreb, ale jeszcze wrócą. Podczas ostatniego tańca na weselu, który rozpoczną państwo młodzi, goście będą wyjmować banknoty z toreb i raz jeszcze przypinać je tańczącym młodym. To ok. północy i wtedy wesele definitywnie się kończy. W międzyczasie tańce ludowe, w wykonaniu najczęściej dwóch panów, były przeplatane z tureckim techno – światło gasło, włączali lasery i cała sala… to znaczy Ci którzy jeszcze zostali, tańczą. Zapalamy światło i patrzymy na dwóch panów, wykonujących ptasi taniec godowy… potem sami panowie, same panie itd. Nie wytrzymałem do końca i wróciłem do hostelu.
Egzaminy i eseje złożone. Ostatnie podpisy na obiegówce załatwione. Wieczorem spotkanie u Husseina i przed 23 pociąg do Izmiru. Łzawe pożegnanie z Andreą, mam nadzieję, że spotkamy się w Berlinie. Przyjaciółka Husseina erazmusująca w Amsterdamie zaprasza w semestrze letnim… I tak jakoś się wszystko rozchodzi.




Docieramy do bram Efezu. To znaczy do bramek, gdzie musimy kupić bilet za 20 TL. Mój się zacina :]


No dobra, Efez. Jedno z najbardziej znanych miejsc w Turcji. Czy zasłużenie?
Wg. Korsaka, w II wieku n.e. miasto zamieszkiwało 400 000 mieszkańców. Wg tablicy w muzeum archeologicznym, w szczytowym momencie liczba mieszkańców przekraczała 200 000. Jedno drugiemu nie przeczy, aczkolwiek rozbieżność jest znaczna.


Ulicą Marmurową (drugą główną arterią miasta), docieramy do Biblioteki Celsusa, wybudowanej na cześć senatora rzymskiego i prokonsula prowincji Azji (której Efez by stolicą) – Tiberiusa Iuliusa Celsusa (nie mylić z Celsjuszem), Jest to najczęściej fotografowany obiekt w Efezie. Budynek powstał w 110 r. n.e. Składał się z jednego pomieszczenia. Do środka prowadzą 3 wejścia u szczytu stopni szerokich na całą fasadę (21 m.). Fasada składa się z marmurowych bloków, pomiędzy wejściami – 8 korynckich kolumn, połączonych w pary i zwieńczonych półokrągłymi i trójkątnymi frontonami. W niszach fasady umieszczono posągi – personifikacje cnót Celsusa (mądrość, charakter, myśl, wiedza), które są jednak kopiami oryginałów, które znajdują się w Muzeum Efeskim w Wiedniu. Wnętrze o wymiarach 11x16,5 m. było zajęte przez dwupiętrowe galerie, gdzie przechowywano 12 tysięcy zwojów (opis za Korsakiem, po wykładzie z architektury byłbym w stanie powiedzieć, że były kolumny i wyglądały fajnie).


Idąc ku górze ulicą Kuretów (210 m. długości, 6-8 szerokości, różnica poziomów 20 m.) mijamy Świątynie Hadriana – wg przewodnika jeden z najciekawszych obiektów w Efezie. Prostokątny budynek poprzedzony dwoma korynckimi kolumnami, w centralnej części popiersie bogini Tyche, wszystko bogato zdobione, ornamentyką roślinną jak i mitycznymi postaciami i bóstwami. Mijamy dawne latryny, sklepy, zwracamy uwagę na nimfeum Trajana, monumentalną fontannę wybudowaną w 114 r. Monumentalne było kiedyś, ale nie będę już przytaczał opisu. Nieco dalej z fontanny Polliona zachował się wysoki łuk..

I na tym zwiedzanie się kończy.




Muzeum Archeologiczne zmieniło godziny otwarcia i zostało zamknięte o 16, więc podchodzimy pod ruiny na wzgórzu Ayasuluk. Cytadela górująca nad miastem jest od kilku lat zamknięta dla zwiedzających, ale jest tu jeszcze Bazylika św. Jana. Apostoł miał tu napisać swoją ewangelię i spędzić ostatnie lata swego życia. Pod murami napotykamy obdartego autochtona, który twierdzi, że tam pracuje i, mimo że bazylika jest już zamknięta, oprowadzi nas po niej za 10 lirów od osoby!

Długo się nie naodpoczywaliśmy, bo gospodyni zaprosiła nas na tureckie wesele. Szybki prysznic i o 20 wychodzimy.


Spora grupa zachuszczonych pań siedzi schowana w koncie. Ok. 20 panów zaprawiało się piwem na piętrze. Dokoła biegają młodociani… ok. 21 wjeżdza tort, młodzi dokonują pierwszego cięcia szablą, później tort jest roznoszony pomiędzy gośćmi, a impreza przebiega wg wcześniejszego schematu.



Subskrybuj:
Posty (Atom)